Eriessette - Deus Ex machina, odcinek 2

Odcinek 2
,,Jasnowidz''

Nastał kolejny poranek w Incie. Właściwie to jeszcze dobrze nie było widać słońca, a doktorek już wparował do mojego pokoju i entuzjastycznie przywitał poranek za siebie i przy okazji za mnie. Niechętnym ruchem głowy obróciłem się na drugi bok i olałem jego ,,mocny start dnia''.
- ERIESSETTE WSTAWAJ! \o/ - Jego krzyk dosłownie i w przenośni zatrząsł całym miastem tym samym do reszty grzebiąc moje marzenia o wylegiwaniu się do południa pod ciepłą kołderką, jak grządki u pani Aliens...
(Posiadłość Homiłov. 9:45 rano, czasu Carddath)
- No więc tutaj masz wszystkie narzędzia jakie będą Ci potrzebne dzisiaj w pracy. Tylko niczego nie zawal, liczę na Ciebie Eriessette ^U^
- Się rozumie doktorku >o>"
- Aaa...i przyjdź dzisiaj zaraz po wizycie w Protektoracie, bo mamy dziś mamy Twoje ulubione zapamiętywanie 'liczb sakstońskich' ^o^ (dzięki nim rozwijam umiejętności władania pozostałymi kodami).
- Pewnie papo, trzymaj się <o<" - I odjechał swoją wypasioną bryką zostawiając mnie na pastwę losu pani Aliens. Nie żebym jej nie lubił, czy coś, ale...
- Eriessette! *O* Kto jest moją idealną maszyną bojową, no kto?
- Auć, proszę mnie nie szczypać po polisiach pani Homiłov! Nie jestem dzieckiem...
- Bzdura, każdy dzieciak w okolicy lubi jak mu tak robię ^O^
- To dlatego wieje pustkami...
- Co powiedziałeś?
- Że ładnie pani wygląda, opleciona tymi chustkami ^u^
- To nie są chustki, to są specjalne apaszki ^^
- Co to są apaszki?
- Dawni ludzie stosowali je jako element ozdobny do ubrania ^^
Pani Aliens w porównaniu do swojego męża, który jest kłębkiem nerwów i ważniakiem, jest strasznie sympatyczną osobą, no może gdyby nie to szczypanie dzieci po policzkach, to jej szacunek na dzielnicy byłby zapewne większy. Teraz już wiadomo dlaczego wczoraj nazwałem TO ,,karą''. Nie mam nic przeciwko ogrodnictwie, ale bałem się o swoje policzka. Tak czy siak musieliśmy przystąpić do pracy. Właścicielka domu była na tyle uprzejma, że przez cały czas mi pomagała. Ta kobieta wszystkim pomaga. Niektórzy uważają, że widzieli ją w dwóch miejscach na raz a znając naszą pokręconą rzeczywistość...całkiem możliwe.
I tak oto przez następną godzinę zajmowaliśmy się grządkami państwa Homiłov, ale żeby nie było nudno to gdy skończyliśmy w domu, udaliśmy się pod urząd protektoratu. W końcu jakaż by to była kara gdybym nie doznał publicznego ośmieszenia w wersji ,,Hard'' (Kolejne moje hobby to języki na wymarciu jakim był niejaki ,,Angielski'', oczywiście zanim planeta przestała istnieć). W pewnym momencie, gdy słońce wyjątkowo doskwierało nam obojga, Aliens zaprosiła mnie na paczkę orzeźwiających lodów. Trudno było się nie zgodzić.
- Wybacz, że przerwę, ale przypomniałam sobie, że miałam na mieście kupić parę produktów na dzisiejszy obiadek. Zostaniesz tu na chwilunię sam, a ja dosłownie za kwadrans wrócę tu po Ciebie, co? ^u^
- A może niech pani odpocznie, a ja skoczę po te rzeczy? Tyle już pani dla mnie zrobiła...
- Jaki miły z Ciebie...coś ^ ^" Dobrze, zgadzam się :) - I tak moje dobroduszne serce i wielka chęć pomagania damom w potrzebie sprawiła, że zamiast wygodnie wylegiwać się na ławeczce musiałem pobiec po produkty do najbliższych sklepów.
(Uliczne targowiska. 10:57 przed południem, czasu Carddath)
Najpierw zająłem się produktami żywnościowymi. Zapamiętałem sekwencje średnio udanego przetargu w dwustu najbliższych stoiskach i wyliczyłem w którym z nich uda mi się bez kolejek dokonać transakcji co pozwoliło mi zaoszczędzić jakieś 17 minut. Ja wiem, że doktor jawnie zabronił mi używania kodu IPP319C, ale tylko ten kod pozwolił mi szybko oszacować teren i wszystkie jego współczynniki w zaledwie pół sekundy. Gdy tylko stanąłem w kolejce, wiedziałem, że to był doskonały wybór. Sprawność posługiwania się kasą u właściciela była tu najbardziej ceniona ze wszystkich targów w mieście. Niestety nie byłbym sobą jakbym przy okazji nie wpakował się w małe kłopoty, bowiem przypadkiem usłyszałem pewna niepokojącą rozmowę dwóch panów w kapturze, którzy sączyli soczek na przeciwko mnie w jakiejś dobrze ulokowanej kawiarence.
- Posłuchaj, musimy go odnaleźć jeszcze przed zachodem słońca.
- Zajęcia w Protektoracie Naczelnych kończą mu się o 16? 17?
- Jakoś tak. Bądź gotowy. Nasz cel to nie byle kto.
Wszystko wskazywało na to, że były to kolejne zbiry, które planowały moje porwanie. Oczywiście nie miałem pewności, że chodzi o mnie, ale doświadczenie podpowiadało mi, że w ośmiu na dziesięć przypadków to chodzi o mnie. W każdym innym mieście to burmistrz i Preelektor Protektoratu to najwyżej postawione postacie w mieście, ale w Incie był ten jeden mały wyjątek, a tym wyjątkiem byłem ja.
W trakcie ucieczki pomyślałem, że wpierw przyjrzę się ich twarzą z bliska, a moja fotogeniczna pamięć pozwoli potem ich dokładniej opisać władzom miasta. W tym celu musiałem zastosować wszelakie środki ostrożności, musiałem być pewny, że oni nie znają swój cel, ale ja swoich myśliwych już tak. Dlatego zamieniłem się na tą jedną krótką chwilę w moją prawdziwą postać. Przestałem już być bielutką kuleczką z czarnymi kropkami zamiast gałek ocznych i w fioletowym stroju, przybrałem formę bardziej ludzką, może nawet nastoletnie chłopaka o krystalicznie bielusieńkich włosach, bladej cerze i zielonych jak trawa oczach. To jedyna umiejętność, którą posługuje się bez używania ani jednego kodu, a została mi nadana właśnie dla takich akcji jak ta, gdzie przede wszystkim liczył się kamuflaż.
(Dalsze tereny Intowskiego targowiska. 11:12 przed południem, czasu Carddath)
Dwaj podejrzani mężczyźni ruszyli, a ja za nimi. Starałem się zachowywać jak najbardziej naturalnie. Po prostu raz niewinnie przebiegłem obok nich ostrożnie spoglądając na twarzy i...guzik zobaczyłem! Nie dość, że słońce było w takim położeniu, że akurat rysy twarzy pokrywała smuga cienia to jeszcze ten drugi miał maskę śmiejącego się diabła.
- Czego chcesz mały?
- etto... ^ ^" mają panowie drobne na Kaxtańskie Kartofle? - Eh...kolejny żebrak, spław go Patryku.
- Nie Michaelu. Trzeba się dzielić. Proszę dobre dziecko. ^^
- Dzi--ęx >o>" To ja lecę, na razie chłopaki ^^ (uff o mały włos)
- Ooo tutaj jesteś Eriessette! Wszędzie Cię szukałam ^o^ - Aliens musiała wpaść akurat w takim momencie. Dwaj podejrzani mężczyźni obrócili się, ale mnie udało się zamknąć jej jadaczkę o parę sekund wcześniej. Zamieniwszy się z powrotem w podstawową formę, chwyciłem rękę pani Homiłov i razem przechodziliśmy pomiędzy ludzi aby bezpiecznie przedostać się na drugą stronę targowiska. Całe szczęście było ich na tyle dużo, że posłużyli jako idealna przykrywka do ucieczki. W drodze do ogrodów protektoratu wyjaśniłem jej wszystko.
- Rozumiem, to strasznie dla mnie nie zrozumiałe co oni mogą od Ciebie chcieć^^ - A ja nie byłem w stanie zrozumieć jak ta kobieta nigdy nie otwierając oczu, ani razu nie potknęła się o te kamory. Aliens wróciła do ogrodu sama a ja poszedłem po jeszcze jeden składnik zakupów.
(Ulica Patterson. 11:30 przed południem, czasu Carddath)
Aby moja podróż była odpowiednio ubarwiona odpowiednią dawką adrenaliny, tudzież różnych niebezpieczeństw, zamiast słonecznej i zatłoczonej ulicy Sodomy, wybrałem prawie bezludną, podejrzaną i w dodatku brzydko pachnącą ulice Patterson. Niestety jestem magnesem na wszelakie głupie pomysły i nie podejrzewając nawet , że coś mogłoby mi się tu stać, pobiegłem dalej. Nagle niespodziewanie ktoś szarpnął za mój rękaw i przyciągnął mnie do...no właśnie CO TO JEST?!
Stara, capiąca zdechłymi kotami i niedopitym piwskiem knajpka, która rozwalająca się samym spojrzeniem, a drzwi niedomknięte i przedziurawione - to był idealny moment aby uciec, ale gdy już miałem to zrobić, nagle usłyszałem głos. Po chwili zza rogu wychyliła się stara kobieta, która jawnie cieszyła się, że jej pomarszczone oczyska mnie ujrzały.
- Witaj chłopcze, zapewne jesteś spragniony wiedzy ,,Po co tu jesteś?''
- Noo skoro pakiet pytań oczywistych mamy już z głowy to ja stąd spadam^^
- Czekaj! Wiem o Twoich możliwościach, wiem naprawdę wiele...
- A co konkretnie?...
- Wszystko i jeszcze więcej!
- Pani słowa są tak logiczne jak sens mojego istnienia ._.
- Nie znasz przyszłości, nie wiesz co się wydarzy...a ja tak.
- Nie można przewidzieć przyszłości ^u^ Jedno z trzech zasad Endeneda (Ze względu na to, że nauka przez te tysiąclecia wzrosła do takiej potęgi, że może równać się z magią, niejaki Endened ustalił trzy prawa, które obowiązują wszystkie miasta w całej galaktyce. Są to: 1. Nie można wskrzeszać zmarłych, 2. Nie można posługiwać się magią by przewidywać przyszłość i w końcu 3. Nie można bawić się czasoprzestrzenią subelementarną)
- Znam te zasady, tyle, że ja nie potrzebuję magii aby widzieć przyszłości. To jest mój dar. Tak jak Twoim jest ,,super umysł potrafiący zapamiętać wszystko to co zobaczy'' ^u^
- No dobrze, więc co pani zamierza?
- Chciałabym dobić z Tobą taki mały utarg. Co ty na to?
- Proszę zapomnieć! Nie oddam rajstopek pani Aliens w zamian za wróżbę ._. Nagoniłem się za nimi jak dzika świnia...- Nie chodzi o to co masz w pudełku, ale co do jednego masz rację. Przyznaj sam. Nigdy nie chciałeś znać przyszłości? Nie chciałeś przewidzieć jakieś zdarzenie i ewentualnie ostrzec przyjaciół przed niebezpieczeństwem...ocalić ich jakże ważne dla Ciebie życie szybciej od Hirou-Sów?...
Wizja starszej, pomarszczonej kobiety w niemodnym sweterku i opasce na głowie kolorze moczu wiewiórki wydawała się z każdą minutą coraz ciekawsza dlatego ostatecznie zgodziłem się na jej warunek. Niestety byłem szczęśliwy, póki nie dowiedziałem się co to za warunek. Okazało się, że wróżka poprosiła mnie o coś co kłóci się z kodeksem poprawnego postępowania. Zadanie było proste, ale nie należało do najprzyjemniejszych. W końcu czego nie robi się dla przyjaciół i ich bezpieczeństwa. Musiałem udać się do tego samego banku w którym niedawno odbył się rabunek i ukraść dokładnie te same pliki, które nie udało się zdobyć poprzednim włamywaczom. Pierwsze co zrobiłem to poczekałem, aż w środku będzie jak najmniej niewinnych ludzi, następnie zakradłem się do stanowiska skąd był pogląd na wszystkie kamery w banku. Poczekałem aż strażnik sobie pójdzie, był to człowiek więc nie mogłem na niego wpłynąć kodem. Następnie włamałem się do głównego komputera i złamałem kod dostępu do wszystkich kamer. Ponownie musiałem użyć do tego kod: V4Gf633, bowiem służy on nie tylko do opanowania ciała robota, czy androida. To jedyny właściwie kody, który mogę w pełni legalnie używać, za to jego siła w niewłaściwych rękach przysporzyła by wiele kłopotu.
Zamki do wszystkich drzwi zostały odblokowane, następnie zamknąłem tylko te w których siedziała służba porządkowa. Uruchomiłem roboty przynoszące pieniądze i kody informacyjne ze sejfów. Kazałem im przynieść kody w ustalone miejsce i zrobiłem zapasową kopie. Fałszywe wysłałem z innymi robotami, bo wiedziałem, że cześć strażników wydostanie się dzięki wytrychom nad którymi kontrolę już nie sprawuje. I kiedy oni będą myśleli, że napad został udaremniony, będzie czekała ich nie miła niespodzianka ponieważ to do mnie dotrą prawdziwe kody. Ostatnim punktem planu było jedyne przedostanie się na...zaraz ._.
- Eriessette?! Co ty tutaj robisz?
- Abo co ty tutaj robisz? >o<
- Zostałem wysłany na misję do banku, podobno ktoś okrada go...zaraz, zaraz. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to ty? :O - Świetnie, akurat w tym momencie wysłali mojego przyjaciela. A tak to cały miesiąc czekał na misje! >O<
Nietypowe spotkanie przerwało nagłe trzęsienie ziemi. Chwilę później Abo otrzymał wiadomość od przełożonego, aby natychmiast zjawił się w centrum miasta. Chłopak posłuchał swojego szefa i puścił płazem mój ,,wybryk'', ale nie zapomniał tego odpowiednio skomentować, żebym miał wyrzuty sumienia.
- Chłopie jak nie masz poważnego powodu żeby odstawiać taka scenkę to wiesz, że mogą mnie za to wywalić ze służby prawda?...Dobra leć, nic nie widziałem.
- Dzięki, nie będziesz żałował ^^
(Metro Intu. 13:05 po południu, czasu Amstrong)
Już praktycznie byłem spóźniony na wizytacje w Protektoracie, ale musiałem do końca dotrzymać umowę. Zhakowałem linie odpowiadające za przyjazd policji ziemnej i tym samym zaoszczędziłem trochę czasu na ucieczkę. Zaraz potem znalazłem się w metrze gdzie miałem wręczyć dane z banku tej tajemniczej wróżce. Staruszka już tam czekała i niecierpliwiła się, ale na widok dobrze wykonanej roboty i to w tak krótkim czasie od razu na jaj pomarszczonej jak przeterminowana mandarynka, twarzy pojawił się uśmiech. Kobieta zabrała ode mnie drugi kod i połączyła go z pierwszym. Chwilę później w mgnieniu oka, dosłownie na moich oczach ukazała się piękna, młoda i zgrabna kobieta we wciąż nie modnym wdzianku. Byłą tak śliczna, że nawet smród niedopałek papierosów mi nie przeszkadzał. - Tylko tyle? Chodziło pani o młodość? ._.
- A czego się spodziewałeś synku? Efektów a' la Disney? Nawet nie masz pojęcia ile lat czekałam na tą chwilę.
- Sądząc po jakości pani poprzedniej twarzy to chyba bardzo długo ^ ^"
- Zamilcz chwaście!...w sumie przepraszam. Przysłużyłeś się mi bardziej niż tamta czwórka darmozjadów, khihi...
- Czwórka? Chwila...Ty jesteś tą co uciekła panu Shinowi i jego oddziałowi specjalnemu?:O
- Do najbystrzejszych nie należysz synku, ale tak. To ja ^^ I co mi zrobisz?
- Nic. Idę na obiad ._.
- Nie chcesz już znać przyszłości?
- A racja ^ ^" To powiedz mi proszę...czy moim przyjaciołom grozi niebezpieczeństwo w najbliższym czasie? Jeśli tak to jak mam powstrzymać ,,złe moce''? A i jakbyś mogła to przepowiedz mi co będzie jutro na obiad? ^o^
- Hmm...Podaj dłoń chłopcze.
- Będzie mi pani wróżyć z dłoni ile przeżyję? *O*
- Ty nie masz linii papilarnych, jesteś istotą doskonałą. Jak będziesz chciał to sam skonstruujesz kiedyś maszynę, która ożywia lub przedłuża życie ludzkie -,- Ajj za dużo paplam...:x
- Waaa *O*
- Do rzeczy...Widzę...widzę...potężnego choć nie groźnie wyglądającego wroga, który Cię goni. Widzę też diabła, pędzel, o jeeej...
- Co widzisz? No mów, no mów bo nie wytrzymam! >O< - Jutro będą klopsiki ._. No nic. Limit moich wróżeń się skończył. Dobra rada - nie wychodź w najbliższym czasie z domu bez broni masowego rażenia, to nara ^^
- Ale mi wróżbę pani zrobiła, czuję się oszukany ToT
- I nie ,,pani'' tylko wiedźma Behid!
- A co to Behid? ._.
- Rany...czego uczą szkoły dzieci w tych czasach -,- Zajrzyj do encyklopedii, a póki co...narka. - Wiedźma rozpłynęła się na moich oczach. Był to piękny widok maluteńkich gwiazdek, które były w zasięgu mojej ręki, lecz nie było czasu by o tym dłużej rozmyślać. Musiałem czym prędzej pędzić na spotkanie z Protektoratem Naczelnych, a wciąż pojawiające się spontaniczne trzęsienia ziemi mi w tym nie pomagały.
W tym samym czasie jeden z dwóch zamaskowanych wreszcie odważył się zaatakować. Mężczyzna w masce namalował kilka zwierząt na wielkim kawałku bloku po czym ziemia ponownie zatrzęsła. Widowisko jakie zebrał swoim pokazem zaczęło uciekać w momencie, gdy dzikie zwierzęta ożyły i zaczęły atakować niewinnych mieszkańców miasta. Budynki walały się jak domek z kart, a gigantyczny skolopendromorf penetrował podziemia miasta.
- Resztę pozostawiam Tobie Patryku. Mam nadzieję, że sobie dasz radę^^
- Ależ Drogi Michaelu, robienie burdelu z dobrze prosperujących miast to moja specjalność ^^ Idź i przynieść mi Eriessette.
- Taki mam zamiar ;) - Zamaskowany mężczyzna odleciał na świeżo namalowanym gołębiu.
(Protektorat Naczelnych. 13:15 po południu, czasu Amstrong)
Nie muszę chyba tłumaczyć, że panowie i panie w ciasnych czapkach i białym szlafroku krzywo spojrzeli na moje nie małe spóźnienie, ale ja kompletnie nie miałem głowy w tym momencie na to by się jakoś usprawiedliwić. Zresztą kto by mi uwierzył, że zrobiłem to by pomóc przyjaciołom? I w tym tkwi cały problem, ponieważ te trzęsienia były coraz intensywniejsze, w pewnym momencie rada uznała, że przełoży nasze spotkanie na kiedy indziej. Naturalnie starałem się to przedłużyć ile tylko się dało, bo obawiałem się, że jak tylko wyjdę to kolejna wróżba się spełni i spotka mnie coś przykrego. No chyba, że kolejną byłaby ta o klopsikach to chętnie zjem.
Niestety nie udało mi się dłużej przeciągać. Protektorat wysłał mnie z kwitkiem do domu, aby przez resztę dnia zajął się mną Dr. Evenent zatem poszedłem. Zamknąłem ostrożnie drzwiczki, rozejrzałem się po okolicy. Cisza, której tak mało miałem w tym dniu była jakże kojącą oznaką, że wszystko się jakoś ułoży i jak zwykle byłem daleko od prawdy. Niczego nie świadomy spojrzałem w górę zastanawiając się co takiego zasłania słońce i to o tak bezchmurnej porze. Niespodziewanie ujrzałem gigantycznego gołębia na którym był jakiś pan w ciemnofioletowym płaszczu i masce diabła. W lewej dłoni trzymał pędzel, a w prawej paletę.
- O mamo...wróżba tej dziwaczki faktycznie się sprawdziło! :O
- Czyżby to był Eriessette? Świetnie, mijaliśmy go z jakieś milion razy...- odpowiedział lekko podirytowany Michael i nakierował gołębia prosto na swój cel.
~Koniec części drugiej~
Ending...
Praca własna Komentarzy: 0 29 Marzec 2013
Dodane przez: Eriessette