Rozdział o
Cudach
z perspektywy Marco

To było naprawdę dziwne...Nazywam się Marco Belucchio. Pochodzę z Doozo, małego miasteczka na prowincji z Finlandii. Ze względu na chamskie towarzystwo i licznych gnębicieli z poprzedniej szkoły rodzice postanowili mnie przepisać do szkoły z nieco wyższych lotów położonej gdzieś w Japonii w małym miasteczku o nazwie Carnival Street. To mi było nawet na rękę, ponieważ w nowej szkole znalazła się również dziewczyna, którą znałem wcześniej. Od zawsze ją szanowałem jako koleżankę ale nigdy nie mieliśmy okazji porozmawiać bliżej. Taka kolej rzeczy trwała sobie przez pierwsze miesiące w nowej szkole. W niej mogłem niestety tylko przyglądać się temu jak Eliza, bo tak miała na imię ta dziewczyna, była poddawana licznym ośmieszeniom z powodu jej flegmatycznemu i apatycznemu nastawieniu do innych. Nikt jednak nie wiedział, że dziewczyna tak naprawdę nie potrafiła poradzić sobie ze świadomością iż jej matka była za młodu prostytutką. Nikt tak naprawdę nie znał myśli Elizy...nikt prócz mnie.
To co wyróżniało tą dziewczynę spośród innych to na pewno wola walki, którą te nieświadome dowartościowane dziewczyny mogły jej pozazdrościć. Niestety ja poddałem się i spisałem swoje życie na straty trochę za wczas. Kiedyś bylem ambitniejszy, lecz presja jaka wywoływali na mnie moi rodzice sprawiła, że mój wewnętrzny hart ducha i wola walki już dawno podupadła. Eliza przypominał mi swego rodzaju dawnego mnie, którego lubiłem a niestety straciłem, dlatego mimo wszelkich usiłowań moich kolegów ja nie poddawałem się. Każdego dnia wmawiałem sobie, że to właśnie ten dzień w którym powiem jej o tym, że nie jest sama, że nie musi się męczyć ze swoimi problemami w pojedynkę, że na tym świecie jest ktoś kto ma podobny życiorys do niej, ale za każdym razem tchórzyłem. Ta myśl dołowała mnie do tego stopnia, że moje nowe towarzystwo które poznałem dwa lata wcześniej przekonało mnie do swojej ideologi i obiecaliśmy sobie, że któregoś dnia popełnimy samobójstwo. Jednakże obiecałem sobie, że nie umrę dopóki nie zabiorę ze sobą Elizy. Koledzy wmówili mi, że po drugiej stronie będziemy sobie żyli uwięzieni w swojej świadomości w wiecznym szczęściu z dala od gnijącego systemu wartości społecznych dzisiejszych czasów.
W końcu moje marzenie się ziściło. Szkoda tylko, że w tak przykrej sytuacji. Pewnego dnia Eliza została ponownie ośmieszona na tle całej klasy lecz tym razem nie potrafiła się z tym pogodzić i wybiegła z płaczem z sali lekcyjnej. Ja akurat byłem w pobliżu i udało mi się ją dogonić. Tego dnia, w tej chwili nie miała absolutnie żadnego innego oparcia psychicznego prócz mnie. Można powiedzieć, że wykorzystałem ten moment by powiedzieć jej to co do niej czuję. Udało się, oczywiście z początku dałem jej trochę czasu na przemyślenie całej sytuacji, ale ten moment okazał się strzałem w dziesiątkę. Wkrótce po tym wydarzeniu zostaliśmy parą.
Mijały kolejne lata nauki a nasza miłość miała się ku sobie. Wygraliśmy nawet międzyszkolny konkurs na ,,najbardziej uroczą parę naszej szkoły'' w Walentynki. Na drugim miejscu byli Rina i Dan. W między czasie wprowadzałem wolnymi krokami Elizę w myśl, że któregoś dnia wszyscy masowo popełnimy samobójstwo. Z początku Eliza była przeciwna, ale z wiekiem ,,mądrzała'' i przyznawała mi racje. Po licznych represjach na temat współczesnego świata w końcu cała nasza szóstka była gotowa. Ustaliliśmy, że 17 października to dzień w którym to się nastanie. A kiedy ten dzień nade szedł byliśmy stuprocentowo pewni. Nawet specjalnie na tą okazje sfałszowaliśmy zwolnienie z ostatniej lekcji by być na czas w miejskim cmentarzu. Po drodze okazało się, że Eliza musiała odebrać ważny telefon dlatego zgodziłem się poczekać i ulokowałem się na boisku szkolnym za szkołą. Wtem znienacka na boisku również pokazał się woźny, który ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu wiedział o naszym samobójstwie i starał się mnie odciągnąć od tych myśli tak jakby chciał mi coś przekazać, jakąś ważną informacje, lecz nie mógł mi tego powiedzieć wprost. Mimo wszystko spławiłem go i sobie poszedł. I tutaj tak naprawdę zaczyna wyjaśnienie do tego co pisałem z początku.
W momencie jak woźny wracał do swojego warsztatu przeżyłem coś niesamowitego. W jednej chwili tak jakby doznałem wizji. Nagle zobaczyłem obraz tego wszystkiego co przeżyłem tutaj od momentu przeprowadzki. Tak jakby już wcześniej, kiedyś to przeżył. Widziałem także moją rozmowę z woźnym i to co wydarzy się później. To niewiarygodne uczucie przeszywało mnie na wylot, aż spadłem z trzepaka. Wtedy przyszła do mnie Eliza, która starała się jakoś usprawiedliwić swoje spóźnienie, a na mojej twarzy pojawiły się wypieki. Ta scena przerażała mnie niesamowicie...to tak jakby właśnie doznał deja vu.
- Kochanie, nic Ci się nie stało? Dziwnie wyglądasz - skomentowała moja dziewczyna
- Zaczekaj na moment...
- ale spóźnimy się do chłopaków...
- To zajmie tylko chwilę. - wyrwałem się spod jej uścisku dość ostentacyjnie i pobiegłem do woźnego póki jeszcze był w swoim kantorku. Zapukałem dwa razy a po chwili drzwi same się otworzyły. Nie pewne wszedłem do środka i poszedłem do już pakującego się Pana Marshalla.
- Co się stało Marco?
- Może to zabrzmieć dziwnie, ale...potrzebuję pana pomocy.
*stop*
- Nie rozumiem.
- Czego Skrzaciku?
- Jak dotąd wszystko wydarzyło się tak jak w świecie drugim więc co takiego miało wpływ na podjęcie alternatywnej decyzji Marco?
- Na tym właśnie polega element fantastyczny, magiczny, niecodzienny. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że ich działania to wcześniej ustalone zbiegi wydarzeń z poprzednich światów.
- Nadal nie rozumiem.
- Podam Ci prosty przykład Skrzaciku. Dajmy na to jest świat A i świat B i C. W świecie A jest sobie jabłko, które upadło na ziemię dokładnie 22 sierpnia 1994 roku o godzinie 15:15.
- No tak i co...?
- Już wiemy co wydarzy się z tym samym jabłkiem tego samego dnia miesiąca i roku o tej samej godzinie w tym samym miejscu w wymiarze B oraz C.
- Ponieważ to miało miejsce w poprzednich światach?
- Dokładnie.
- To po co te wszystkie światy? Nie mógłby być jeden wspólny?
- Nie ma dwóch jednakowych światów. W każdym z nich musi nastąpić choćby minimalna zmiana, chociaż jedna.
- Niech pan poda przykład.
- No dajmy na to Świat w którym spadło jabłko tak jak podałem. Jeśli dodamy do tego miejsce na które upadło to powiedzmy w Świecie B to miejsce będzie minimalnie dalej, bo np na jabłko w wymiarze B zadziała silniejszy wiatr nią w wymiarze A.
- I to są te zmiany?
- W każdym wymiarze istnieje taka zmiana zatem czym dalsze wymiary...
- ...tym zbierz zdarzeń ze świata A będzie mniej podobny.
- Dokładnie.
- Czyli w wymiarze C mogły np. nastąpić dwie zmiany odnośnie tego Jabłka?
- Tak. Specjalnie oznaczyłem wymiary literkami by ułatwić Ci zobrazowanie różnicy między wymiarową. Czyli czym dalsza literka tym większe zmiany które dokonały się w oryginalnym wymiarze A.
- Chyba wszystko rozumiem. Wróćmy do opowieści.
*wznowienie*
Wyjaśniłem, a przynajmniej starałem się jakoś wyjaśnić woźnemu, że ,,zobaczyłem'' tak jakby klęskę mnie i moich przyjaciół. W mojej wizji wydziałem jak moja dziewczyna umiera a ja nie potrafię się nawet ruszyć by jej pomóc. Widziałem też śmierć kolegów z którymi planowaliśmy to od kilku lat. Nareszcie wszystko się ziściło, ale w trakcie tych kilku lat wiele się zmieniło. Mimo, że wciąż odczuwałem wewnętrzną potrzebę zabicia się, to dzięki Elizie, dzięki temu, że dane mi było się zakochać i to ze wzajemnością zmieniłem cały swój światopogląd, lecz nastąpiło to na tyle późno, że popełniłem największą głupotę w życiu i ciągnąłem to do końca. Właśnie to widziałem w mojej wizji. Wyczułem, że ani dziewczyna ani woźny chyba nie do końca mi wierzą. Choć mój strach, to że byłem cały roztrzęsiony kiedy to mówiłem nie było udawanym zabiegiem. Eliza wstała i podeszła do mnie mocno obejmując moje ciało i wtuliła głowę w moją szyję. Zrobiło mi się przyjemnie, ale wciąż był odczuwalny strach. Mocno ją objąłem i chyba po raz pierwszy od naprawdę bardzo dawna wzięło mi się na płacz. Wtedy Eliza rzekła:
- Pamiętasz jak po raz pierwszy mnie tak przytuliłeś jak teraz?
- Pamiętam...
- Pamiętasz co wtedy powiedziałeś?
- Że nie opuszczę Cię aż do śmierci?
- To też...ale najpierw powiedziałeś, że wierzysz mi. Uwierzyłeś w prawdziwą mnie. Nie tą która udawała dla wszystkich a oni i tak mieli to w nosie. Teraz pora bym i ja Tobie zaufała. A ufam Ci bezgranicznie kotku...
- Naprawdę?
- Tak - i obdarowała mnie słodkim całusem w usta. Poczułem motylki w brzuchu dokładnie takie same jakie towarzyszyły mi podczas pierwszego pocałunku. Nie wierzyłem, że to jeszcze możliwe aż do tamtej chwili.
- Szczerze powiedziawszy to ja nawet do dzisiaj nie była całkowicie pewna by to zrobić, ale jeśli ty byś to zrobił to ja również, ponieważ Cię Kocham Marco. - Dodała
Woźny przerwał nam romantyczną atmosferę i słusznie ponieważ wciąż była kwestia powstrzymania moich kolegów przed popełnieniem samobójstwa. Szkolny woźny zabrał ze sobą jakieś strzykawki i poszliśmy do jego samochodu by szybciej tam pojechać.
- Tak przy okazji Eliza...
- Tak Marco?
- Kto do Ciebie dzwonił?
- A-aa...to nieważne.
- Eliiii...co Ci mówiłem o sekretach?
- Oh. Dzwoniła Tina. Mówiła jakieś dziwne rzeczy, nie słuchałam jej.
I w tym momencie doszło do mnie skąd pamiętam te wszystkie zdarzenia chociaż ich jeszcze nie przeżyłem. Przypomniało mi się jak to właśnie Tina odbyła ze mną rozmowę na temat odzyskania Elizy, zgodziłem się a następnie zostałem przez nią wrzucony do takiego jakby jeziora...
*stop*
- Tina, Tina i jeszcze raz Tina...Ta postać chyba jest najbardziej tajemnicza z całego opowiadania nie licząc pana...
- No bo ona...Wybacz Skrzaciku, zapomniałbym, że to ty starasz się rozwiązać zagadkę tej opowieści.
- Ona ma duże znaczenie dla tej historii Skrzaciku ^^
Niespodziewanie w jadalni pokazała się panna Pati, która już samą sobą zakłóciła moje bierne opowiadanie. Pati to osoba o specyficznym charakterze. Gdy ona mówi na twarzach dzieci pokazuje się radość, gdy ona się nimi opiekuje to oddaje w swoją pracę całe serce. Nie jest jedną z tych osób które wolą iść na łatwiznę. Dla niej praca jest wszystkim, ponieważ nie ma życia osobistego. Każdy ją tu zna, każdy szanuje i często zostaje pracownikiem miesiąca. I tutaj również zaskoczył mnie Skrzacik ponieważ tylko ona nie dała się zwieść tej sztuczności jaką emanuje Pati.
Z początku wspominałem o jej samych dobrych cechach. Szkoda, że nikt nie wie kim ona naprawdę jest. Oczywiście nie miałem na myśli siebie, ponieważ ja jestem nieistotny dla fabuły.
- Panie No name.
- Słucham?
- Czy panna Pati zna tą samą historię co pan?
- Tak...Ona również ją zna.
- I niech zgadnę. Nie lubi ją pan ponieważ ona też w niej występuje?
- To nie tak.
Do Skrzacika podeszła Pati z jak zwykle nieszczerym uśmiechem na twarzy.
- Nie lubi mnie, ponieważ...to ja ją stworzyłam ^^
- Co ta pani wygaduje? Panie No name...
- Ani słowa więcej Pati.
- Masz zamiar trzymać to biedne dziecko w nieświadomości aż do jej śmierci, nie mylę się? ^^
- Ona rozwiąże zagadkę mojego istnienia zanim umrze. Zapamiętaj to sobie. NIGDY nie wątp w ludzki umysł.
- Oj zaczekaj No name, wybacz, nie odchodź ^^"
- Widzi pani co narobiła? Teraz nie dowiem się zakończenia tej opowieści...
- Nie martw się Skrzaciku. Ja wiem co się potem wydarzyło ^^
- Naprawdę?
- Możemy wznowić opowiadanie w każdej chwili, chcesz? ;)
- Jasne.
*wznowienie*
Na szczęście dotarliśmy na miejsce w samą porę. Co prawda jeden z kolegów nie mógł się już doczekać nas i zaczął ceremonie beze mnie i Elizy. Wtem z samochodu wybiegł woźny i przegonił resztę chłopaków z cmentarza, wyjął strzykawkę i wbił ją w lewą rękę poszkodowanego kolegi.
- Co pan robi?
- Spokojnie to jest antidotum. - Byłem na tyle zdezorientowany, że nawet nie przyszło mi na myśl by zapytać się wtedy woźnego skąd on posiadał antidotum akurat na naszą truciznę. Mężczyzna sprawdził jego puls po czym wstał z ziemi i dał nam znak, że jemu życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo aczkolwiek wezwanie karetki pogotowia było jak najbardziej wskazane. Eliza była wstrząśnięta cała tą sytuacją i przez najbliższe dni nie wiele ze sobą rozmawialiśmy. Za to regularnie spotykaliśmy się w szpitalu podczas odwiedzin kolegi z paczki. Na szczęście z dnia na dzień jego stan coraz bardziej się polepszał, a po niespełna miesiącu został wypisany ze szpitala. Oczywiście nie muszę mówić, że nasza paczka rozpadła się po tamtym wydarzeniu i jedynie Eryk próbował drugi raz popełnić samobójstwo, ale czytałem, że uratowała go jakaś siostra z pobliskiego kościoła, która akurat tamtędy przechodziła. Ja i Eliza pozostaliśmy parą a gdy ukończyliśmy szkołę to nawiązaliśmy bliższe relacje z Riną i Danem, a zwłaszcza tym drugim ponieważ jego ojciec załatwił jemu i jego dziewczynie dobrze płatną pracę w jednej z szanowanych restauracji ich miasta a ja i Eliza w tamtym okresie również pilnie potrzebowaliśmy pieniędzy...ponieważ pół roku po próbie samobójczej moja dziewczyna zapadła w ciążę.
[5 lat później]
Ja i Eliza wraz z naszą małą córeczką Yuru zebraliśmy się wraz z innymi protestantami pod urzędem miasta gdzie miała odbyć się ponowna debata, która na nowo miała rozważyć sprawę zniszczenia jeziorka na obrzeżach miasta. Kto by pomyślał, że w tym nie małym tłumie spotkam tyle znajomych twarzy. Gdzieś w pobliżu zobaczyłem Tinę, jeszcze gdzie indziej byłych kolegów z klasy a nawet naszą wychowawczynie, dla której kolebka czasu nie była łaskawa...Kiedy już miałem podejść do Tiny by nadmienić z nią parę słów odnośnie wydarzeń z przeszłości które wciąż mimo wieku nie zostały do końca wyjaśnione drogę zasłonił mi jakiś dziwny mężczyzna, który za wszelką cenę nie chciał mnie przepuścić. Wziął mnie za fraki i zaczął krzyczeć, że jestem ,,omenem - dzieckiem szatana''. Wszyscy z tłumu zaczęli się na nas gapić. Eliza zaczęła próbowała powstrzymać typka, ale nie dawał za wygraną i nie chciał mnie puścić. Nie chciałem się szarpać ponieważ za niedługo miałem ważną przemowę jako główny reprezentant naszej racji. Wtem dziwaczny mężczyzna powiedział:
- Nie pamiętasz Mnie?
- Nie za bardzo, odczep się koleś!
- To ja Eryk - Twój przyjaciel z dawnych lat.
- Eryk?! - Nie mogłem uwierzyć, że ten wątły, mizerny i wyniszczony narkoman jest Eryk! Przecież jeszcze nie tak dawno, bo pięć lat temu ten chłopak zdobywał pierwsze miejsca w różnych kategoriach sportowych.
- Nie poznajesz mnie nadal? Za to ja doskonale pamiętam dzień w którym~
- Eryk! Odstaw Marco na ziemię! - nagle z oddali rozległ się łagodny, ale stanowczy głos młodej kobiety z tłumu. Z początku jej nie mogłem poznać, wiedziałem ,że ją znam ale nie wiedziałem skąd, dopiero słuszna uwaga mojej Elizy nakierowała mnie na prawidłową odpowiedź.
- Hej czy to nie jest przypadkiem jego siostra Linda?
Praca własna Komentarzy: 0 13 Czerwiec 2013
Dodane przez: Eriessette