Burza nadciąga
Yoshiro potarł zmęczone oczy. Od dawna nie czuł się tak zmęczony. Nawet podczas służby przy Przejściu Cieśli, gdy zdarzało im się walczyć po trzy czy cztery dni bez przerwy.
- Nic zaskakującego, biorąc pod uwagę, że gnasz od dziesięciu dni, nie robiąc sobie praktycznie żadnych przerw. – zwrócił mu uwagę Togashi. Grzmiący głos wyrwał Yoshiro z zamyślenia.
- To nie tylko to, staruszku. – odparł tonem, który rezerwował wyłącznie dla rozmów ze swoim towarzyszem. – Mam wrażenie, że wszystko, co udało się nam do tej pory osiągnąć, wali się w drzazgi.
Yoshiro wyczuł, że Togashi wzruszył ramionami. Nie czuł się nawet na siłach, żeby się odwrócić. Siedział dalej na klifie, wpatrując się w światła osady w oddali. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko… Żałował, że nie mógł skorzystać z kuchiose, ale Take wciąż nie wydobrzał po ostatnim starciu, więc na razie młody shinobi był skazany na poruszanie się o własnych siłach.
- Możliwe, że masz rację. Możliwe, że nie masz. Na razie wszystko, co możesz zrobić, to dostarczyć te wieści Radzie. – Togashi nie lubił porzucać rozmowy w połowie. Nawet podczas walki.
Yoshiro zaśmiał się cicho. – Zawsze wiesz, co powiedzieć, żebym przestał się nad sobą rozczulać i wziął się w garść, co, stara jaszczurko? – pokręcił głową, zbierając siły żeby wstać. Już niedaleko…
- Nie nazwałbym tego rozczulaniem się nad sobą. Powiem więcej, myślę, że twoje obawy są słuszne. Ale na razie nie możesz nic z tym zrobić, więc…
- Więc równie dobrze mogę wstać i dostarczyć te wieści, tak? – Yoshiro z trudem wstał. Zastanowił się przelotnie, czy nie byłoby lepiej obejść klif, ale kiedy szybko przeliczył w pamięci dystans, który miał pokonać, odpuścił sobie. Nawet gdyby miał zbiec po ścianie, zużyje mniej energii niż wlokąc się dookoła. Poza tym, w razie czego zawsze mógł poprosić Togashiego o pomoc…
- Zwłaszcza za tą jaszczurkę. – mimo wszystko, w głosie Togashiego słychać było rozbawienie. Dobrze wiedział, że młody shinobi nie chciał okazać mu braku szacunku. Poza tym, biorąc pod uwagę jak wiele razem przeszli… - Inna kwestia, że może powinieneś raczej odpocząć, zanim zaczniesz dalej biec? Wiem, że ciężko cię zmęczyć, ale chyba zbliżasz się do granicy swoich możliwości.
- Powiedziałbym nawet, że za niedługo ją przekroczę. – zgodził się Yoshiro. Odwrócił głowę i zmierzył wzrokiem odległość jaka pozostała słońcu do skrycia się za horyzontem. – Ale wolałbym zdążyć jeszcze dzisiaj. Jeżeli nie mylą mi się dni, dzisiaj powinno być zebranie Rady. A im szybciej zdam im raport, tym szybciej będę mógł się wyspać. – dodał.
- Jest w tym trochę racji. – zgodził się Togashi.
Yoshiro poprawił kaptur długiego płaszcza, owinął się ciaśniej jego połami i skoczył w przepaść.

- Cisza! Proszę o ciszę!
Ryuumaru Satsu pokręcił głową. Zebrania Rady zawsze były ciężkie, ale to było gorsze od wszystkich innych. Mieli za sobą dopiero pierwszą część, a już miał ochotę rzucić w kogoś czymś ciężkim. I ostrym. Spojrzał na siostrę zmęczonym wzrokiem.
- Nie wiem jak ty, Hitomi, ale coraz bardziej mi się to nie podoba. Nie wiesz, czy nowy Mistrz Tai już przybył?
Użytkowniczka kryształu pokręciła głową. – Nie mam pojęcia. Kiedy ostatnio sprawdzałam, jeszcze go nie było. Co gorsza, nadal nie wiadomo, kto to ma być.
- Wszystko jedno. Na pewno nie może być gorzej niż jest. – Satsu westchnął ciężko. Rzucił ponure spojrzenie głównemu obiektowi swojej niechęci, Aramoro Genchiemu. Chociaż ród Aramoro ustępował rodowi Ryuumaru, nie było tajemnicą, że Genchi chciał zostać przewodniczącym Rady. I choć generalnie Satsu nie miał nic przeciwko zwolnieniu tytułu przewodniczącego – obowiązki głowy rodu były same w sobie dość absorbujące – wiedział, że nie może na to stanowisko wpuścić Genchiego. Młody Aramoro był zainteresowany tylko i wyłącznie jednym – zwiększaniem swojej władzy. Zadziwiające, że to właśnie jego ród wyznaczył na to stanowisko…
- Czy coś jest nie tak, Satsu-sama? – Genchi jakimś cudem zdołał przybrać zatroskany wyraz twarzy. Ścierwo.
- Aramoro Genchi-san – Satsu mówił powoli, ostatkiem sił kontrolując ogarniającą go ochotę żeby zdzielić go prosto w pysk. – Obawiam się, że muszę prosić o jak najszybsze opuszczenie tego pokoju.
- Ależ… Ależ Satsu-sama…
- Natychmiast. – Hitomi nie miała takich pokładów cierpliwości jak jej brat. Albo przynajmniej nie zamierzała z nich korzystać. Na czubkach jej palców zaczęły się formować kryształowe ostrza. – Musimy omówić kilka kwestii, które cię nie dotyczą, Genchi… – zawahała się przez chwilę, po czym dokończyła z wyraźną drwiną w głosie – …-san.
Dłoń Aramoro instynktownie opadła na rękojeść miecza. Satsu zesztywniał. No, dalej – ponaglił do w myślach. Daj mi pretekst. To wszystko, o co proszę.
-- Jakiś problem? – od strony drzwi rozległ się głos, brzmiący jakby ktoś szorował zardzewiałą płytą metalu po hałdzie żwiru. Zgrzytający, nieprzyjemny i niosący w sobie zapowiedź lawiny.
Satsu podniósł wzrok. W wejściu do Sali Rady stała wysoka postać, szczelnie owinięta ciemnoszarym płaszczem. Twarz zasłaniał głęboko naciągnięty kaptur. Zza prawego barku wystawała rękojeść miecza. Jedynym barwnym akcentem był naszyjnik z błękitnych kryształów – oznaka pełnionej funkcji Mistrza Taijutsu.
Ze względu na ubiór, określenie tożsamości nowoprzybyłego było niemożliwe. Ale ten głos… Satsu wiedział, że już go słyszał. Ale nie potrafił skojarzyć go z twarzą. Potrząsnął głową. Teraz miał ważniejsze sprawy na głowie.
- Nie ma żadnego problemu. Szanowny Genchi właśnie wychodził. – posłał przedstawicielowi rodu Aramoro spojrzenie pełne ledwo skrywanej niechęci.
O Genchim można było powiedzieć wiele złego, ale na pewno nie był głupcem. Doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że był w gorszej pozycji. Skłonił się nisko i wyszedł bez słowa.
- To do ciebie niepodobne, Satsu-kun. Tak tracić panowanie nad sobą… - tym razem głos zamaskowanego Mistrza brzmiał inaczej. Bardziej znajomo. Stracił chropawość i groźbę, zyskał rozbawienie. No i ta poufałość…
Hitomi pierwsza skojarzyła głos z osobą. – Itsu-senpai!!! – z tym radosnym okrzykiem rzuciła się Mistrzowi Tai na szyję. Przy okazji zerwała mu kaptur.
Twarz weterana była straszliwie pokancerowana. Blizny po starciu z Rozdzieraczem nie dały się usunąć. Niektórzy uważali, że Itsu powinien zajmować się przesłuchaniami. Z jego wyglądem, twierdzili, wystarczyłoby żeby zdjął kaptur, by przesłuchiwany wszystko wyśpiewał.
W pierwszej chwili Itsu zamarł. Wyraźnie było widać, że nie przywykł do równie serdecznego traktowania. Jednak już po chwili uśmiechnął się i mocno objął siostrę swojego przyjaciela.
- Hitomi-chan. Wydawało mi się, że wyrosłaś już z tego. – stwierdził, nadal się uśmiechając.
- No… no wyrosłam, senpai. – dziewczyna puściła go i cofnęła się o krok. – Po prostu, twoje pojawienie się to pierwsza dobra rzecz, jaka miała dzisiaj miejsce.
- Żeby tylko dzisiaj. – Satsu odkrył, że również się uśmiecha. – Naprawdę się cieszę, że to akurat ciebie przysłano tutaj, senpai.
- Skończcie z tym sempai, bo czuję się jak jakiś dziadek. – Itsu parsknął śmiechem. – Od ciebie, Satsu, jestem starszy o… ile? Dwa lata?
- Trzy. A Hitomi jest młodsza ode mnie o następne dwa. – Satsu wzruszył ramionami. – Ale jak policzyć doświadczenie…
- Dobra dobra. Nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu zabraknie. – Uśmiech złagodził wypowiedź Mistrza. – Zawrzyjmy umowę. Ja podczas zebrania nie będę stosował żadnych zdrobnień, a wy przestaniecie mnie traktować jak kogoś… czcigodnego. Zgoda?
- Zgoda… Itsu-senpai. – Hitomi zrobiła przymilną minę.
- Hitomi, prosisz się o łomot.
- Spokój, wy dwoje. – Satsu roześmiał się. Siostra zachowywała się naprawdę nietypowo, ale z drugiej strony… Dawno nie mieli powodów do zadowolenia. Nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł. – Słuchajcie, a może jak tylko skończymy skoczymy razem do Karamasu? Ja stawiam.
Itsu skinął głową. – Brzmi nieźle. Zapytam siostrę, czy dołączy do nas.
- Dobry pomysł. Może uda mi się złapać Kachiko.
- Co, robimy zebranie weteranów? Nie, żeby mi to przeszkadzało, tylko wiesz…
- Wiem, Itsu. Wiem.
Hitomi patrzyła na przemian na obydwu. – Słuchajcie, ja też się cieszę, i w ogóle, ale… chyba powinniśmy skorzystać z przerwy, a nie stać na tutaj.
Satsu pokiwał głową. Faktycznie, jak tak dalej pójdzie, to cała przerwa w obradach minie, a oni nawet nie zdążą rozprostować nóg.

- Spokój! Proszę o spokój!
Cała Rada ponownie się zebrała. Satsu rozejrzał się po sali. Przedstawiciele rodów, każdy ze swoim ochroniarzem, shinobi z Rady Mistrzów… Czasami miał ochotę wyjść i zostawić radę żeby się wzajemnie pozagryzali. Wszyscy dbali tylko o własne interesy, nieliczni – dodatkowo o interesy swoich rodów. Banda ścierwojadów.
Chikaro w końcu zdołał uciszyć zebranych. Satsu wstał i podziękował Nadzorcy skinieniem głowy.
- Zanim powrócimy do kwestii rozlokowania jednostek specjalnych, pragnę zaprezentować nowego Mistrza Taijutsu oddelegowanego do Rady. Oto Raizuki Itsu, zwany również „Stalowym Shinobi”. – Itsu wstał i skłonił się. – Wcześniej należał do Szóstego Oddziału Szturmowego. Zastąpi Mistrza Rokumaro.
Członkowie Rady po kolei witali Itsu. Byli wyraźnie zaintrygowani, czemu nosi płaszcz i kaptur na Sali Rady, ale nie odważyli się zapytać. Sława dawnego Szóstego Szturmowego skutecznie ich powstrzymywała. Zresztą, możliwe, że niektórzy z nich kojarzyli, skąd wzięło się przezwisko Itsu.
Gdy ostatni radny powrócił na miejsce, a temat rozlokowania oddziałów miał powrócić, drzwi do sali otworzyły się i wszedł jeden z wartowników.
- Satsu-sama, proszę wybaczyć, ale mamy tu kogoś, kto domaga się posłuchu u Rady. Wiem, że to nie usprawiedliwia przerwania obrad, ale twierdzi że to wiadomość o najwyższym priorytecie. No… I ma odznakę weterana z Oddziałów Szturmowych.
Na Sali momentalnie zawrzało. Bardzo nieliczni shinobi byli w stanie dosłużyć się rangi weterana Oddziałów Szturmowych. Jeżeli ktoś taki domagał się posłuchu…
Satsu wymienił spojrzenie z Hitomi. Obojgu jednocześnie przez głowę przeszła jedna myśl. Itsu zaśmiał się cicho.
- On nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.
- Naprawdę myślisz, że to on? – Hitomi nie była pewna, co sądzić.
Satsu potrząsnął głową. Niezależnie od tego, kim był tajemniczy weteran, musiał podjąć decyzję. Faktem było, że w normalnej sytuacji nikt nie zostałby ot tak dopuszczony przed oblicze Rady. Z drugiej strony, weterani, a zwłaszcza ci z Oddziałów Szturmowych, raczej nie panikowali bez powodu. W tej sytuacji… Spojrzał na strażnika i skinął głową.
- Wprowadźcie go.
- Tak jest, Satsu-sama. – strażnik ukłonił się nisko i wycofał za drzwi. Po chwili do sali wszedł weteran.
Podobnie jak Itsu, on również nosił długi płaszcz i miał naciągnięty na głowę kaptur. W przeciwieństwie do Mistrza Tai, nowo przybyły wyglądał jakby był w drodze od dość dawna – płaszcz był zakurzony i wymięty. Shinobi przystanął przed stołem Rady i skłonił się. Zdjął kaptur.
Na pierwszy rzut oka ciężko było powiedzieć cokolwiek – twarz weterana była pokryta kurzem, brudem i, w kilku miejscach, śladami zaschniętej krwi. Z drugiej strony, Satsu, Hitomi i Itsu widzieli tego człowieka wielokrotnie w gorszej sytuacji…
- Ryuumaru Yoshiro, zastępca dowódcy garnizonu Przejścia Cieśli. Dziękuję za udzielenie audiencji.
- O co chodzi, Yoshiro-san? – Genchi najwyraźniej chciał jak najszybciej powrócić do przerwanej dyskusji. Jeszcze jeden powód, by przeciągnąć tą audiencję jak najdłużej – przemknęło Satsu przez głowę.
- Garnizon Przejścia Cieśli został zaatakowany i zmasakrowany dziesięć dni temu. – na Sali momentalnie zapadła cisza. – W chwili ataku byłem razem z moją drużyną nieobecny. Po powrocie znaleźliśmy nielicznych ocalałych. Wszyscy zgodnie twierdzili, że atak był dziełem grupy shinobi wspieranych przez bijuu. Co gorsza, wśród shinobi rozpoznano kilku kryminalistów najwyższej rangi. Jednym z nich miał być Omaeda. – Yoshiro podniósł rękę, aby nie dopuścić do przerwania. – Zdaję sobie sprawę, że był on skazany na wyrok w Piekle, ale sprawdziłem to osobiście. Co najmniej dwadzieścia osób zostało poddane działaniu Czarnej Duszy.
- Przepraszam że przerywam. – Itsu podniósł rękę żeby zwrócić na siebie uwagę. – Czemu ta wiadomość nie została przesłana w inny sposób?
- Gołębnik został zniszczony, a nasze chowańce były skrajnie wyczerpane bądź ranne po walce którą stoczyliśmy z trójogoniastym, który pozostał w ruinach garnizonu.
- Rozumiem. – Itsu skinął głową, rozważając następne pytanie. – Czy jest możliwe, że Omaeda uciekł z Piekła?
- Jak najbardziej. Zanim wyruszyłem, do Przejścia dotarł kurier. Miała tam miejsce masowa ucieczka szczególnie niebezpiecznych więźniów. Praktycznie wszyscy ludzie, którzy się tam dostali, a także wiele spośród bijuu – zwłaszcza spośród tych, które miały po sześć i więcej ogonów.
Satsu z trudem powstrzymał cisnące się mu na usta przekleństwa. Nie musiał się nawet rozglądać, żeby ocenić skutek wieści, które dostarczył Yoshiro. Gwar rozmów skutecznie to zastępował.
- Dziękuję za dostarczenie tych wiadomości. – Yoshiro lekko kiwnął głową. Wyraźnie było widać że jest za bardzo wyczerpany na cokolwiek innego. – Zarządzam dziesięciominutową przerwę w obradach. Trzeba koniecznie rozważyć implikacje tego zdarzenia.
Radni już w milczeniu wstali i opuścili salę. Pozostali jedynie Satsu, Hitomi, Yoshiro i Itsu. Ten ostatni wskazał na wolne krzesło.
- Siadaj, Yoshi, bo się zaraz przewrócisz. Biegłeś całą drogę?
- No a jak myślisz, cwaniaczku drobny? – Yoshiro skrzywił się. – Kiedy ostatnio sprawdzałem, do Przejścia było oficjalnie czternaście dni drogi, a nie dziesięć. Z drugiej strony, o ile widok rodzeństwa mnie nie zaskoczył, to chciałbym się dowiedzieć co ty tu robisz?
- Ja? Jak zwykle, obijam się. – Itsu uśmiechnął się szeroko. – Ale masz rację, ciebie też dobrze widzieć.
- Jasne. A, przy okazji, - Yoshiro zerknął na Satsu – miło cię widzieć, braciszku.
- Ciebie też, Yoshiro. Chociaż wieści, które przyniosłeś, są takie sobie.
- Fakt. – Yoshiro spoważniał. – Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że udało im się złamać pieczęcie Bramy. Z tego, co wiem, możliwe że ją przekroczyli.
- Czekaj. Jesteś pewien?
- Czego?
- Że pieczęcie zostały naruszone.
- Jestem. Nie mam pewności, czy zdołali się przedrzeć, ale…
- To bez znaczenia. – Satsu potrząsnął głową. Chyba udało mu się wpaść na świetny pomysł. I pomyśleć, że ten dzień zapowiadał się tak tragicznie…
- Jeżeli nie macie nic przeciwko, to ja się stąd zabieram. – Yoshiro wstał z trudem i odwrócił się do wyjścia. Nagle zatrzymał się. – A, racja. Mam wam przekazać wiadomość od Wyroczni. – rzucił bratu zwój. Satsu złapał go odruchowo, nadal nad czymś myśląc.
- Yoshiro! – zawołany odwrócił się i spojrzał na siostrę. – Idziemy dzisiaj wieczorem do Karamasu. Dołączysz do nas?
- Jak się wyśpię. I jeżeli Kachiko nie będzie miała innych planów.
- Pantoflarz. – Itsu zachichotał.
- Pogadamy, jak sam znajdziesz dziewczynę wystarczająco zdesperowaną, żeby z tobą wytrzymała, blaszaku. – odciął się Yoshiro. – Tak czy owak, jakbym był potrzebny, to wiecie gdzie mnie szukać. Będę u siebie.
Hitomi zerknęła na Satsu. Brat uśmiechał się dość złośliwie…

Słońce już zachodziło, kiedy Yoshiro w końcu się obudził. Z jednej strony najchętniej przespałby więcej niż kilka godzin, z drugiej – perspektywa spotkania z przyjaciółmi była bardzo pociągająca. Nawet bardziej niż sen.
Kilka chwil później wyszedł na ulicę. Minęło sporo czasu, odkąd był tu ostatnio, ale wciąż pamiętał drogę do restauracji Karamasu.
- Przepraszam za nieobecność podczas audiencji.
- Togashi? Już z powrotem?
- Musiałem załatwić kilka spraw.
- Nie ma problemu. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że masz sporo na głowie. Tak czy owak, masz trochę czasu?
- Teraz czy w najbliższej przyszłości?
- Za niedługo. Satsu zaprasza na kolację u Karamasu. I ja, i Kachiko się wybieramy. Dołączysz do nas?
- Możliwe, że znajdę chwilę. Jeżeli nie, to pozdrów ich wszystkich ode mnie.
- Masz to jak w banku, jaszczurko.

Itsu oparł się wygodnie. Jak zazwyczaj, przybył na miejsce wcześniej. Nie żeby był jakoś punktualny, ale dzięki temu zawsze mógł wybrać sobie najlepsze miejsce. Westchnął ciężko. Nigdy by nie podejrzewał, że zebrania Rady są tka ciężkie. Samo wspomnienie zażartych walk pomiędzy przedstawicielami różnych rodów wystarczyło, żeby nabrał ochoty rzucić to wszystko w diabły i wrócić na front. Gdyby to było takie proste…
- Cześć, braciszku! Widzę, że strasznie zamyślony się zrobiłeś.
Podniósł wzrok. Jego siostra stała nachylona nad nim, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Cześć, siostra. Jak zwykle wyglądasz, jakbyś zgarnęła cały zapas urody przeznaczony dla naszego pokolenia. – zażartował.
Faktem było, że często ludzie nie mogli zrozumieć, jak ta dwójka mogła być rodzeństwem. Z jednej strony Itsu – który już wcześniej nie należał do najprzystojniejszych ludzi. Z drugiej strony jego siostra, Itsuruko – już w Akademii miewała problemy z opędzaniem się od wielbicieli. Nie bez powodu zresztą. Itsu przyjrzał się siostrze z uwagą. Nie widział jej dość długo. Zmieniła się odkąd obydwoje służyli w Szóstym Szturmowym. Wtedy nosiła krótkie włosy i wiecznie nosiła bezkształtny płaszcz, który skutecznie maskował jej figurę. Teraz zapuściła włosy, dodatkowo chyba je rozjaśniła – o ile Itsu pamiętał, wcześniej były po prostu jasne, a nie niemal białe – i nosiła typowy ubiór roboczy. I wyglądała w nim naprawdę zabójczo.
- Czy mi się zdaje, czy reszta się spóźnia? – usiadła obok brata i zaczęła się wiercić żeby znaleźć najlepszą możliwą pozycję.
- Całkiem możliwe. Przecież ich znasz. Yoshi zawsze pojawia się wtedy, kiedy jest potrzebny, a nie o umówionym czasie. Kachiko pewnie przyjdzie razem z nim. A Satsu i Hitomi prawie na pewno nie wyrobią się z papierkową robotą, więc…
- No no no, czyżby ktoś nas obgadywał? – Satsu wręcz promieniał samozadowoleniem. Hitomi jak zwykle trzymała się tuż za nim. I jak zwykle, kiedy tylko nie obowiązywały jej reguły dotyczące stroju, była wprost obwieszona najróżniejszymi kryształami.
- Hitomi! Cudownie cię znowu widzieć! – Itsuruko rzuciła się dziewczynie na szyję. Itsu i Satsu spojrzeli na siebie i z trudem powstrzymali wybuch śmiechu. Coś takiego było samo w sobie dość dziwaczne, gdy siostra daimyo rodu Ryuumaru rzuciła się na zakapturzonego przybysza. Ale teraz, kiedy to na Hitomi, wyglądającą jak chodząca wystawa jubilera rzuciła się Itsuruko, na pierwszy rzut oka przypominająca szacowną panią doktor, wyglądało to jeszcze dziwaczniej.
Kiedy Itsuruko oderwała się od dziewczyny, wyraźnie było widać, że zakłopotanie Hitomi ustąpiło miejsca rozbawieniu. Najwyraźniej też już zorientowała się o co chodziło.
- Siadajcie wszyscy. Jak tak stoicie nade mną to robię się nerwowy i mam ochotę coś rozwalić. – Itsu wskazał na siedzenia. Kiedy wszyscy zajęli już miejsca, odwrócił się do Satsu. – Anniko nie przyszła z tobą?
Zapytany potrząsnął głową. – Mówiła, że nie może się wyrwać, ale kazała was wszystkich pozdrowić. I zaprosić na kolację jutro. Ale tym razem u nas.
- A kto ma gotować? Bo wiecie… – Itsuruko uśmiechnęła się krzywo – jako medyk muszę dbać o to, żebyście się nie potruli.
- Spokojna twoja rozczochrana. Gotować będzie moja żona, nie ja.
- Czy ja dobrze słyszę, że mój brat wspomina o gotowaniu? Bo jeśli tak, to my stąd uciekamy. – rozległ się nowy głos.
Yoshiro i Kachiko właśnie weszli. O ile Itsuruko i Hitomi wyglądały niemal identycznie – pomijając kolor włosów i zamiłowanie młodej Ryuumaru do obwieszania się świecidełkami – to Kachiko wyróżniałaby się w każdym towarzystwie. Drobnej budowy, nieco niższa od koleżanek, często sprawiała wrażenie, że sam fakt że ktoś na nią patrzy onieśmiela ją. Było to wrażenie, nad którym długo pracowała. Jako dziedziczka rodu Aramoro, ustępującego znaczeniem i potęgą jedynie Ryuumaru, od dziecka była przysposabiana do rządzenia. Inna rzecz, że stanowisko dziedziczki utraciła po wstąpieniu do oddziałów szturmowych.
- Cześć wszystkim, czołem i tak dalej, ale może siadajcie i zamówcie coś, dobra? – Itsu wzruszył ramionami. – Nie żebym się czepiał, ale wyglądasz jak chodząca śmierć. Gdybyś tak kurczowo trzymał się kogoś innego, powiedziałbym że to po to, żeby nie upaść.
- I miałbyś trochę racji.
Kiedy zamówienie zostało złożone, wszyscy rozsiedli się wygodniej i rozmowa potoczyła się swobodnie.
- Czy ktoś może mi wyjaśnić, czemu mój brat wygląda, jakby właśnie ogłosili że to ja mam zostać głową rodu? – Yoshiro spokojnie przeczekał salwę śmiechu i kontynuował. – Wiem, że sporo przespałem, ale mam wrażenie, że umknęło mi coś ważnego.
- No, w sumie masz rację, braciszku. Wprowadzono stan wojenny. – Hitomi powiedziała to równie swobodnie, jakby odpowiadała na pytanie o drogę.
Całe szczęście, że Yoshiro nic w tym momencie nie jadł ani nie pił.
- C-co takiego?! I mówisz o tym tak spokojnie?!
- Ty też wyluzuj, braciszku. – Satsu pokręcił głową. – Na razie mamy tylko stan wyjątkowy. Inna kwestia, że jeżeli drużyna zwiadowcza potwierdzi, że doszło do przełamania pieczęci, to faktycznie będziemy mieli wojnę.
- To nadal nie tłumaczy, czemu jesteś tak radosny.
- Przepraszam. Oczywiście, nie uśmiecha mi się perspektywa walk, ale dzięki temu posunięciu, ograniczyłem możliwości Rady. Przede wszystkim, role przedstawicieli przejmują w takich sytuacjach głowy poszczególnych rodów. Nie będę musiał się więcej użerać z kreaturami pokroju Genchiego.
Zupełnie jakby ojciec Kachiko był od niego dużo lepszy – przemknęło Itsu przez głowę, ale przezornie zachował tą myśl dla siebie. Przywódca rodu Aramoro nie był zbyt lubiany, zwłaszcza przez grupę, która zebrała się w restauracji.
- Przepraszam, ale czegoś nie rozumiem. – Kachiko potrząsnęła głową. – Znaczy, zdaję sobie sprawę, że nielegalne przejście przez Bramę to poważna rzecz, ale od razu stan wojenny? Znaczy, czy to nie jest lekka przesada?
- I tak, i nie. W normalnych warunkach po prostu sformowalibyśmy drużynę pościgową. Dwie rzeczy jednak powodują, że zdecydowaliśmy się na takie a nie inne kroki. – Satsu wypił łyk herbaty i kontynuował. – Po pierwsze, skontaktowaliśmy się z personelem Piekła i zweryfikowaliśmy informację o ucieczkach. Zwiała większość więźniów. Co gorsza, to była pojedyncza akcja, zorganizowana – i to świetnie – przez kogoś z zewnątrz. Wszystko wskazuje na to, że grupa jako całość przeszła przez bramę, pozostawiając tylko tego sanbiego na straży.
- Dużo im to nie dało. – mruknął Yoshiro. – Raptem opóźnili przekazanie wiadomości o kilka dni.
- Możliwe, że tylko o to im chodziło. Nieważne. Drugi powód, w sumie ważniejszy, dotyczy tej wiadomości od Wyroczni, którą nam przekazałeś.
- Serio? Jej przepowiednia dotyczyła tej ucieczki?
- Powiedzmy. – Itsu się skrzywił. – W każdym razie tak to odebraliśmy. Sam wiesz, jak mgliste i zawoalowane są te jej… wróżby. Nie, żebym w nie wątpił – dodał od razu – ale… no sami wiecie.
Wszyscy pokiwali głowami. Mieli takie czy inne kontakty z Wyrocznią i dobrze wiedzieli jak irytująco nieprecyzyjne były jej przepowiednie.
- Tak czy owak – podjął Satsu – z tego co się zorientowaliśmy, ktoś – lub coś – doprowadził do tej ucieczki, bo potrzebuje zdobyć coś określane jako „Kurama”. Jakieś pomysły?
Yoshiro pokręcił głową. Inni też nie mieli najwyraźniej najmniejszego pojęcia. I wtedy rozległ się głęboki, potężny głos.
- Kurama to kyuubi no kitsune, bijuu stworzony przez Rikudo Sennina zanim ten opuścił Trzeci Świat.
- Togashi-sama. – Satsu skłonił głowę. – Czujemy się zaszczyceni twoją obecnością.
- Dziękuję. Czy moglibyście powiedzieć mi coś więcej na temat tej przepowiedni?
- Oczywiście. Nie pamiętam jej dokładnie, ale co do Kuramy… To było coś w stylu „Tylko Kurama i para jego szczeniąt mogą stanąć między Bezimiennym i realizacją jego planów. Dopiero gdy wir ogarnie słoneczne miejsce, lis będzie mógł się przeciwstawić losowi. Ale bez siły, która płynie z wzajemnego szacunku, nikt nie da rady przeciwstawić się nadciągającej nawale”. To było jakoś tak, ale nie mam pewności co do konkretnych zwrotów. Jeżeli chcesz, Togashi-sama, mogę poprosić Yoshiro żeby przekazał ci kompletny tekst przepowiedni.
- Nie sądzę, żeby to było konieczne. Mam już pewne pojęcie – dość ogólne, ale jednak – co do sensu przepowiedni. Zanim się pożegnam, jeszcze jedno pytanie: kogo zamierzacie posłać do Trzeciego Świata?
- Posłać? Nie planowaliśmy… Chociaż, z drugiej strony, jeżeli przeszli, to możemy zostać zmuszeni.
- Nie powinniście zwlekać.
- Rozumiem, Togashi-sama. Czy masz dla nas jakieś sugestie?
- Czemu nie wyślecie Szóstego?
Szóstka shinobi popatrzyła po sobie. Wyraźnie myśleli o tym samym.
- Szósty? Togashi-sama, wiem, że to jedyny oddział, którego wszyscy członkowie przeżyli całą służbę, ale…
- Nie o to chodzi. – przerwał Togashi. – Nie macie innych oddziałów z wystarczającym doświadczeniem. Przepraszam, ale muszę kończyć. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
Nad stołem zapadła martwa cisza. Wszyscy wyraźnie myśleli o tym samym – o siódmym, pustym miejscu. O piątym, ostatnim członku Szóstego Oddziału Szturmowego, którego nie było z nimi.
Yoshiro w milczeniu nalał każdemu. W milczeniu wznieśli czarki.
- Za nieobecnych.
W ciszy wszyscy spełnili toast.
Praca własna Komentarzy: 2 05 Marzec 2013
Dodane przez: Gomeroth
  • Gomeroth
    Gomeroth

    @Wolfy: kim są szczenięta Kuramy to się dopiero wyjaśni. Ale chyba nie zespoiluję za bardzo, jeśli stwierdzę, że to nie inne bijuu.

    Możesz się ze mną zgadzać lub nie. Ale nie próbuj mówić mi, co mam myśleć.
  • Wolfy
    Wolfy

    Ha 1 rok i jq pierwszy piszę komentarz, szczenięta kuramy to inne biju? Rozdział super.

    Wiara, nadzieja i miłość nad wszystko. Reszta to proch pył i nicość. Wolisz egoizm życia bez granic? Wygra w tobie ten wilk, którego nakarmisz