Wojna Trzech Światów - Rozdział 10

Ostatnie chwile ciszy.
Kiedy Hinata otworzyła oczy, z powrotem była w sali szpitalnej. Powoli zaczynała się przyzwyczajać. Po chwili w jej polu widzenia pojawiła się twarz Hitomi.
- Pobudka, śpiochu! Jak się czujesz? – zapytała, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolona.
- Całkiem… całkiem nieźle. – stwierdziła Hinata. Faktycznie, biorąc pod uwagę starcie które miało miejsce w Zwierciadle, czuła się świetnie. Tylko czemu była cała zdrętwiała? Po chwili przypomniała sobie. Miała operację. Dostała znieczulenie. Zogniskowała spojrzenie na Hitomi. – Jak poszedł zabieg?
- Fantastycznie! – Hitomi uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Nie mówię, że było łatwo, ale na szczęście nic skomplikowanego. A w dodatku, biorąc pod uwagę że pomagał nam sam Togashi, to w ogóle nie było niczego wartego uwagi.
Hinata uspokoiła się. Nie przyznałaby się przed nikim, ale bardzo się bała. Kiedy Itsuruko powiedziała jej o tym zwyrodnieniu meridian, przez jedną straszną chwilę obawiała się, że będzie musiała porzucić życie shinobi.
- No dobrze, to teraz mały sprawdzian. – Hitomi przerwała jej rozmyślania, jednocześnie aktywując byakugana. – Skumuluj chakrę w prawej dłoni.
Przez kolejne kilka minut Hinata kumulowała chakrę na najróżniejsze sposoby. Zauważyła, że cały dyskomfort, jaki wcześniej odczuwała, zniknął bezpowrotnie, a sama manipulacja chakrą była o niebo łatwiejsza. Gdy podzieliła się z Hitomi tym spostrzeżeniem, tej wyraźnie ulżyło.
- O to właśnie chodziło. Żeby do tego doprowadzić. – wyjaśniła.
W tym samym momencie do pokoju weszli Yoshiro i Naruto. Wyraźnie było widać, że Ryuumaru jest wściekły. Kiedy złapał spojrzenie Hinaty, trochę złagodniał. Trochę. Hitomi uniosła pytająco brwi.
-Hinata. Mam nadzieję, że dobrze się czujesz? – Yoshiro pozornie nie zwrócił uwagi na siostrę.
- Bardzo dobrze, Yoshiro-sensei. Czy wszystko w porządku?
- Niezbyt. I będziemy musieli do tego wrócić na treningach. – widząc pytający wzrok siostry, wytłumaczył. – Ta dwójka najwyraźniej nie opanowała jeszcze czegoś takiego jak „wykonywanie poleceń”.
Hitomi skinęła głową. Teraz zrozumiała. Nagle sensu nabrał pełen skruchy wyraz twarzy Naruto. Musiał nieźle podpaść. Yoshiro ciężko było wyprowadzić z równowagi, ale, jeśli chciał, potrafił być bardzo nieprzyjemny. Choć na to nie wyglądał, był jednym z najbardziej zdyscyplinowanych ludzi jakich Hitomi znała – przynajmniej na polu bitwy…

Yoshiro potrząsnął głową. Na całe szczęście, gniew szybko mu przeszedł. Jak zwykle zresztą. Westchnął ciężko. Nie bez znaczenia był też fakt, że powinien był wcześniej uprzedzić swoich podopiecznych o niebezpieczeństwach związanych ze Zwierciadłem.
„Faktycznie, powinieneś. I widzę, że już się do nich przyzwyczaiłeś, co?”
„Powiedzmy.” Yoshiro uśmiechnął się w myślach. Rzeczywiście, nie po raz pierwszy szkolił młodszych shinobi. Ale zazwyczaj nie nazywał ich swoimi „podopiecznymi”. Nawet w myślach. „Ale nawet pomijając wszystko inne, Naruto powinien był posłuchać kiedy kazałeś mu zaczekać. To nie ulega wątpliwości.”
„I za to mu jeszcze zmyję głowę, ale osobiście. Ty się rozchmurz i wróć do roli dobrego instruktora.”
Tym razem Yoshiro nie zdołał stłumić chichotu. Zazwyczaj szkolił shinobi razem z Itsu i był tym dobrym trenerem, który pocieszał i tłumaczył – w przeciwieństwie do Itsu, który miał zawsze te bardziej niewdzięczne zadania.
- No dobrze, moi drodzy. – spojrzał na dwójkę shinobi. Naruto nadal miał spuszczony wzrok i całym sobą wyrażał skruchę. Oczywiście, że nieszczerą, ale nie można było wymagać od niego więcej. Przynajmniej na razie.
Z drugiej strony, Hinata była zdezorientowana. Widać było że nie do końca rozumie co się dzieje, ale instynktownie zdawała sobie sprawę, że czymś podpadła, więc wolała się nie wychylać.
Yoshiro pokręcił głową. Wyglądało na to, że przestraszył te dzieciaki na śmierć. – Hej. Posłuchajcie mnie. – poczekał, aż oboje zwrócą na niego wzrok i kontynuował. – Zdaję sobie sprawę, że jest kilka spraw, nad którymi będziemy musieli popracować. Niezależnie od tego co sądzę o waszym podejściu, należą wam się gratulacje. Nie słyszałem jeszcze o żadnej konfrontacji z własnym mrokiem, która dałaby tak dobre rezultaty w tak krótkim czasie.
Obydwoje momentalnie pojaśnieli.

Hitomi uśmiechnęła się. Zawsze zdumiewało ją jak szybko jej brat potrafił przejść od gniewu do spokoju. I jak płynnie się to odbywało. Jak daleko sięgała pamięcią, Yoshiro naprawdę się wściekł tylko trzy razy. Raz, gdy krótko po sformowaniu Szóstego zostali pozostawieni własnemu losowi przez dowódcę liniowego. Drugi, gdy Shoju naraził życie Kachiko. I trzeci, gdy Iwashi został aresztowany. To były jedyne sytuacje. gdy jego furia wydawała się być niemożliwa do opanowania.
Oczywiście, cała sprawa była bardziej złożona. Yoshiro jej kiedyś to tłumaczył – od tego, jak dobrze panował nad sobą, a więc także nad swoimi emocjami, zależało jak dokładnie kontroluje swoje możliwości jako Oko Togashiego. Nie miał wyboru – musiał nauczyć się jak panować nad gniewem.

- No dobrze, Hinata. Za chwilę skończymy i będziesz mogła wyjść. – stwierdziła Hitomi. Wszystko wskazywało na to, że nie wystąpiły żadne niepożądane efekty. – Aktywuj jeszcze Byakugana i to będzie wszystko…

Zgodnie z poleceniem Hinata przesłała do oczu część skumulowanej wcześniej chakry. Raz jeszcze zdumiało ją, z jaką precyzją mogła operować energią, jak szybko jej organizm reagował na polecenia… Więc TO było normalne? Więc tak być powinno? Nie mogła uwierzyć, że tyle lat walczyła ze swoim organizmem…
Nagle poczuła dziwne kłucie w oczach. Reagując bardziej instynktownie niż świadomie, przemieściła część chakry w obszarze gałki ocznej. Nie miała pojęcia co się dzieje. Przez chwilę jej byakugan działał normalnie, a zaraz potem zwariował. Przerażona, natychmiast przerwała kumulację chakry.

Yoshiro spojrzał ze zdumieniem na dziewczynę. Choć początkowo nic na to nie wskazywało, coś poszło zdecydowanie nie tak. Wymienił szybkie spojrzenie z Hitomi. Jego siostra najwyraźniej też nie miała pojęcia co się dzieje – wyglądała na całkowicie oszołomioną. Yoshiro mentalnie wywołał Togashiego, jednocześnie kumulując olbrzymią dawkę chakry niezbędną by otworzyć Lewe Oko Togashiego.
Głos demona napłyną po dłuższej chwili. „Coś nie tak? Mam nadzieję, że to ważne.” Togashi był wyrozumiały, ale do pewnych granic. Jeżeli było coś, czego nie znosił, to zawracanie mu głowy gdy był zajęty.
„Myślę, że bardzo. Dziewczyna ma problem z aktywacją byakugana. Nic tego nie zapowiadało, do tej pory wszystko było w porządku. Za chwilę otworzę Oko.”
„Dobrze, że mnie ściągnąłeś.”
„Jakieś pomysły?”
„Kilka, ale tylko dwa są pozytywne.”
„Szlag.”
„Dokładnie.”

Hinata mimowolnie zadrżała, gdy spoczęło na niej badające spojrzenie złocistego Oka Togashiego. Instynktownie wyczuwała, że nawiązanie kontaktu wzrokowego nie byłoby niczym przyjemnym. Togashi zresztą sam to potwierdził, gdy chwilę później uformował głowę z chakry.
- Nie patrz bezpośrednio w to oko. Mogłoby się to dla ciebie źle skończyć.
Kilka chwil później inspekcja dobiegła końca. Odczytywanie mimiki Togashiego było bardzo trudne, ale w jego głosie można było wyczuć ulgę.
- Nie widzę nic, co mogłoby stwarzać zagrożenie. Na razie powstrzymaj się od aktywacji byakugana. Najprawdopodobniej po prostu twój organizm zareagował nadmiernie zwiększając czułość układu meridianowego. Nie jest to nic groźnego, a za dzień czy dwa powinno minąć.
Wszyscy odetchnęli z ulgą. Yoshiro zauważył wymianę spojrzeń pomiędzy Naruto i Hinatą i uśmiechnął się lekko. Do wspomnień.
- Hej, wy dwoje! – zawołał, aby przykuć ich uwagę. – Przypominam, że jestem za was odpowiedzialny. – zauważył, że posmutnieli na myśl, że będzie ich pilnował. – Nie wiem jak wy, ale ja nie zamierzam zmarnować reszty tego przepięknego dnia. –kontynuował, z zadowoleniem notując wyraźnie widoczną poprawę nastroju obojga. – Dlatego, jeżeli cała wasza trójka, wliczając w to Kuramę, obieca że będzie zachowywać się jak należy, to resztę dnia będziecie mieć tylko dla siebie.
- Kurama nie musi nic obiecywać. Wcześniej chciał dowiedzieć się kilku rzeczy o Juubim. I nie tylko. Ja też muszę z nim porozmawiać.

Yoshiro nie pokazał po sobie nawet śladu zdziwienia. Zupełnie, jakby to było coś, co wcześniej ustalili. „Czy mnie się zdaje, czy byłeś czymś zajęty?”
Prawidłowo użyłeś czasu przeszłego. Tamta sprawa właśnie straciła na ważności.
„Stało się coś, o czym nie wiem?”
„Rada Klanów. Podjęli decyzję. Kiedy mnie ściągałeś, było już tak naprawdę po wszystkim.”
„Czy mówiłem ci już, jak bardzo mnie zdumiewa różnica między upływem czasu w Labiryntach i Światami?”
„Mówiłeś. A teraz muszę zakończyć tą konwersację. Mam kilka rzeczy do wytłumaczenia Kuramie.”
„Rozumiem. Będziesz miał dzisiaj jeszcze jakieś sprawy? Czy może to wszystko?”
„Nie sądzę, żeby coś jeszcze miało się wydarzyć.”
„W takim razie, baw się dobrze z tym lisem.” zażartował Yoshiro, zamykając jednocześnie Oko.
- Gdzie Iwashi?
- Wrócił do siebie szybciej niż ty, poszedł do Itsuruko. – wyjaśniła siostra. Starannie zamaskowała trawiącą ją zazdrość.
Yoshiro równie starannie udał, że tego nie zauważył. – Idziemy z Kachiko polatać. Chcesz dołączyć?
- A wiesz, że chętnie? Poczekajcie na mnie. Muszę się przebrać.
- Pewnie. Poczekamy na polu startowym. – Yoshiro odwrócił się tylko po to, żeby zauważyć że Naruto i Hinata zniknęli. „Nie marnują czasu”, przemknęło mu przez głowę, gdy kierował się do wyjścia, nie mogąc opanować szerokiego uśmiechu.

Iwashi rozejrzał się po pomieszczeniu. OIOM w każdym szpitalu wyglądał niemal identycznie. Ten nie był wyjątkiem. Po chwili zauważył Itsuruko i podszedł do niej.
- Hej. Jak leci? – zapytał, obejmując ją. Zdecydowanie zbyt długo siedział zamknięty.
- Nie najlepiej. – przyznała, marszcząc brwi. – Popatrz. – wskazała na pacjenta leżącego w łóżku. – To Uchicha Itachi. Jest w śpiączce. Jego organizm jest w tak fatalnym stanie, że sam fakt, że jeszcze żyje można zaliczyć do kategorii cudów.
- Co konkretnie? – Iwashi przyjrzał się leżącemu dokładniej. Faktycznie, nie wyglądał najlepiej.
- Och, praktycznie wszystko, co można wymyślić. Nadużywał Kalejdoskopu – jest niemal ślepy. Ma poważnie uszkodzone płuca, pluje krwią. Meridiany ma popalone – najwyraźniej walczył z doświadczonym użytkownikiem juukena. Układ krwionośny jest w opłakanym stanie – przez tych kilka dni które tu spędził, miał prawie dwadzieścia krwotoków. Sama nie wiem, od czego zacząć…
- Wspominałaś o Kalejdoskopie? – Iwashi myślami nadal był przy pierwszym objawie wymienionym przez jego dziewczynę.
- Tak. Ma go już od ładnych kilku lat. Całkiem nieźle się nim posługuje – Amaterasu, Tsukiyomi, Susanoo… Ma potencjał.
- Wyliże się z tego?
- O własnych siłach? Nie ma mowy. – Itsuruko potrząsnęła głową. – Tutejsi też mu nie pomogą, nie mają pojęcia o We Krwi Ukryciu. Muszę działać sama.
- Pomóc ci? Wiem, że nie jestem specem od technik medycznych…
- Dobra dobra, nie cwaniakuj. Jak znajdziesz kogoś, kto opanował tą naturę lepiej od ciebie daj mi znać. Chętnie poznam. – Itsuruko z trudem zamaskowała radość. Nie dość, że spędzi resztę dnia z Iwashim, to jeszcze uzyskała naprawdę fachową pomoc. – Najpierw zajmiemy się tym tutaj. Później, jak wystarczy czasu, mamy jeszcze kilku innych w stanie śpiączki.
- Pani pierwsza. – Iwashi uśmiechnął się, pochylając nad nieprzytomnym Uchihą. Zanucił na tyle cicho, żeby nikt go nie usłyszał.
- Tatku, czemu ciągle grasz tę samą, starą piosenkę? Czemu wyśpiewujesz jedynie melodie? Przecież tam, w dole ulicy coś się dzieje – całkiem nowy rytm, i całkiem nowa piosenka…
Skoncentrował się na pacjencie, sięgając po pełną moc swoich oczu. Od dawna chciał porozmawiać z użytkownikiem Kalejdoskopowego Sharingana…

Tsunade uniosła zmęczony wzrok znad kolejnych raportów. Jakoś dziwnie się złożyło, ale widok Koharu i Homury wcale jej nie ucieszył. Ciekawe czemu, zastanowiła się. Doszła do wniosku, że pewnie miało to coś wspólnego z tym, że regularnie robili wszystko, żeby utrudnić jej życie. Nie mogła odmówić im zaangażowania w sprawy osady – po prostu ich osądy różniły się krańcowo… Niestety, sama świadomość źródła problemów nie wystarczyła Z westchnieniem skupiła wzrok na dwójce członków Rady. – O co chodzi?
- Podobno zamierzasz oficjalnie wstąpić w sojusz z tym całym Klanem Smoka. – zaczęła bez ogródek Koharu.
- Wydawało mi się, że ta sprawa jest już zamknięta. – zdziwiła się Tsunade. Zebranie Rady było dość burzliwe, ale ostatecznie ustalono, że sojusz będzie bardziej niż korzystny, zwłaszcza w obliczu całkowicie nieznanego przeciwnika.
- Nie chodzi o sam sojusz – zaczął tłumaczyć Homura – tylko o to, że ci… pierwszoświatowcy, tak chyba o sobie mówią, najwyraźniej zadomowili się w naszej osadzie.
- I bardzo dobrze. Dysponują wiedzą, którą chcą się podzielić, a która może okazać się bezcenna. Nawet teraz ich medycy prezentują nam nowe techniki medyczne. Planują wyszkolenie grupy naszych shinobi. A w dodatku najwyraźniej uczą Naruto jak posługiwać się mocą Kyuubiego! – Tsunade zaczynała się denerwować. O co im chodziło?
- A nie przyszło ci do głowy, że w ten sposób stajemy się jednocześnie tarczą dla ich obozu? Nie powinnaś tak ryzykować dobra osady. – Koharu najwyraźniej nie była przekonana.
Tsunade spiorunowała członków Rady wzrokiem. – Decyzja zapadła. Konha, podobnie zresztą jak Suna, będzie współpracować z Klanem Smoka tak ściśle jak się da. Mamy dużo więcej do zyskania, niż do stracenia. A obecność ich shinobi tutaj zapewnia nam dodatkową ochronę – niezależnie od tego bylibyśmy głównym celem. – Tsunade wstała. Ta rozmowa już i tak trwała za długo.
- Skoro tak uważasz, Hokage. – Koharu i Homura również wstali.. Zanim wyszli, starszy mężczyzna odwrócił się na chwilę do Tsunade.
- Zapomniałbym. Powinnaś to przeczytać. – wyciągnął w jej stronę zwój z wiadomością. Tsunade wstała i podeszła, w myślach złorzecząc mu za konieczność ruszenia się.
Zdziwiła się co prawda, że wiadomości nie przekazał zwykły kurier, ale najwyraźniej ta konkretna była przeznaczona dla Rady. Rozwinęła zwój i przebiegła wzrokiem kolumny tekstu. Stłumiła cisnące się na usta przekleństwo i odwróciła się do Shizune.
- Znajdź Ryuumaru Satsu, albo kogoś innego kto ma coś do powiedzenia w tym smoczym klanie i ściągnij go tutaj. Mamy problem.
Shizune nie pytała. Znała ten wyraz twarzy czcigodnej Tsunade. Odwróciła się na pięcie i pobiegła.

Satsu wyszedł z budynku w którym mieściła się główna kwatera sił Smoka. Był całkiem zadowolony. Sytuacja mogła wyglądać lepiej, ale z drugiej strony, nie było nawet w połowie tak źle, jak mogło by być. Nie zamierzał kusić losu narzekaniem.
Później miał się zastanawiać, czy sama ta myśl nie obraziła przekornej natury światów. Bowiem w tej samej chwili dostrzegł Shizune. Biegła w jego stronę, trzymając tą swoją świnkę. Miała bardzo poważny wyraz twarzy. Aż za bardzo…
Satsu stłumił westchnienie. Jak widać, jego chwila odpoczynku skończyła się, zanim tak naprawdę się zaczęła. Obejrzał się na swojego yojimbo. Hitomi była zajęta czymś innym, więc towarzyszył mu jeden z zamaskowanych Strażników Rady. Satsu nie kojarzył tego konkretnego ochroniarza. Zwiesił głowę. Wyglądało na to, że sytuacji kryzysowej będzie musiał stawić czoła samodzielnie, bez wsparcia siostry. Bardzo starannie maskował, jak wiele dla niego znaczy milcząca obecność Hitomi.
Z ciężkim westchnieniem skierował się w stronę Shizune.

Kurama rozejrzał się. Miejsce w którym się znajdował w pewnym stopniu przypominało mu Labirynty, zwłaszcza swoją atmosferą. Czuł, że w tym miejscu coś jest nie tak.
- To wpływ Chaosu. Jest tu dość silny. – rozległ się głos Togashiego. Starszy demon nadal trzymał się postaci zakapturzonego człowieka. – Powoduje wrażenie nierealności. Szybko się przyzwyczaisz… lub oszalejesz.
Kurama prychnął. – A jest jakaś różnica?
- Niewielka. I raczej subiektywna. – czy tylko mu się zdawało, czy faktycznie Togashi zachichotał?
- Po co mnie tu ściągnąłeś… czcigodny? – mimo najlepszych chęci, Kurama musiał się bardzo pilnować. Okazywanie szacunku komukolwiek było sprzeczne z jego naturą. No, może poza Rikudo Senninem, ale staruszek odszedł dawno temu…
- Wiele jest spraw, które chciałbym z tobą omówić. Niestety, nie mamy na to czasu. Więc przejdę do sedna. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale powołanie Ręki – czy Oka, bo tak naprawdę to jedno i to samo – wymaga aktywnego udziału demona. I jego dobrej chęci. Nie wiem, czemu pomogłeś dziewczynie, ale teraz jesteś za nią odpowiedzialny.
Kurama zamyślił się. Wrócił myślami do tamtych chwil w szpitalu. Naruto był zbyt załamany by cokolwiek zauważyć. Kurama wbrew dręczącym go wątpliwościom postanowił mu pomóc.
- Ciężko mi to uzasadnić. – westchnął. – Ona jest dla Naruto ważna. Bardziej, niż ten matołek zdaje sobie sprawę. Wiedziałem, że jeżeli coś jej się stanie, mogę stracić swojego jinchuuriki. A chociaż nie jest zbyt bystry, to przyzwyczaiłem się do niego.
Togashi nic nie powiedział. Przetrawiał powoli wiadomości, które właśnie uzyskał. – Dbasz o niego. – stwierdził w końcu.
W odpowiedzi lis prychnął. – Powiedzmy. Nie mówię, że go lubię…
- A próbowałeś go polubić? Albo dać się polubić? – wszedł mu w słowo Togashi. Gdy Kurama nie odpowiedział, starszy demon pokiwał głową. – Może to zabrzmi dziwnie, ale jesteśmy skazani na współpracę z ludźmi. I możesz mi wierzyć, taka współpraca idzie dużo lepiej, gdy obie strony są na dobrej stopie.
- Tak jak ty i ten cały Yoshiro? Muszę przyznać, że nie rozumiem. Jak znosisz ten brak szacunku z jakim się do ciebie zwraca?
Smoczy demon zachichotał. – Jako że nie masz żadnych doświadczeń z polityką onigamich, jestem w stanie zrozumieć twoją konfuzję. Ale uwierz mi, takie bezpośrednie podejście jest… odświeżające. A poza tym, chłopak nie okazuje mi braku szacunku. On po prostu nie bawi się w ceremoniał. No i sporo razem przeszliśmy.
Kurama potrząsnął głową. To do niczego nie prowadziło. – Czy tylko o to chciałeś mnie zapytać?
- Wiesz, Kurama, o tobie nie mogę powiedzieć że sporo razem przeszliśmy.
- Wybacz, czcigodny. – lis momentalnie się skulił. Zapomniał się.
- Wracając do twojego pytania… Nie, jest sporo spraw o których chciałbym z tobą porozmawiać. Przede wszystkim, o Chikou.
- Kim?
- Chikou, Juubim, od którego się wywodzisz.
Kurama popatrzył zdumiony. – Wiesz coś o nim?
- Można tak to ująć. Walczyłem z nim.
Kurama podniósł głowę, zdziwiony.
- To były dawne czasy, stulecia przed tym, jak przeszedł do Trzeciego Świata. Chikou był wtedy jednym z najaktywniejszych Bijuu w szeregach Legionu. Nie raz i nie dwa prowadził kolejne oddziały na Pierwszy Świat. Spotkałem go właśnie podczas takiego najazdu. – Togashi przerwał. Wyraźnie się nad czymś zastanawiał. – Był… dziki. Nie dbał o nic, poza walką. W przeciwieństwie do innych Bijuu, on pragnął tylko walczyć. Podejrzewam, że to dlatego w końcu wyruszył do Trzeciego Świata.
- Zakładam, że wygrałeś tą walkę?
- Potrzeba czegoś więcej, niż Dziesięcioogoniasty, aby mnie pokonać. – odparł Togashi pozornie niedbałym tonem. – Nawet pośród onigamich jestem uznawany za groźnego przeciwnika.
Kurama zadrżał. Wyczuwał już wcześniej, że Togashi mógłby być niezwykle niebezpiecznym przeciwnikiem. Ale nie podejrzewał, że w aż takim stopniu.
- I tu dochodzimy do ciebie, Kurama. Czy podążysz ścieżką swojego… rodzica, to chyba odpowiednie słowo. Czy może zdecydujesz się dołączyć do nas?
- Mówisz to tak, jakbym miał wybór.
- Oczywiście, że masz. Nie zmuszamy nikogo do walki po naszej stronie. Jeżeli nie będziesz chciał do nas dołączyć… Cóż, nie pozwolimy aby przeciwnik uzyskał twoje wsparcie. Zawsze możesz zadeklarować neutralność. Ale to tylko i wyłącznie twoja decyzja. – Togashi wstał. – Rozumiem, że nie rozważałeś wcześniej takiej decyzji. Jeżeli chcesz, mogę dać ci na to czas…
- To nie będzie konieczne. Wchodzę w to. – Kurama wzruszył ramionami. – Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale zaczynam się przywiązywać do tych dzieciaków.
Togashi nie mógł się powstrzymać. Wybuchnął głośnym śmiechem. Ile to już lat minęło, odkąd on zaczął „przywiązywać się” do ludzi…

- Czy to jest to, o czym myślę? – Tsunade patrzyła na Satsu w napięciu. Daymio Klanu Smoka przebiegł wzrokiem po wiadomości i westchnął ciężko. A więc stało się.
- Obawiam się, że tak, Tsunade-sama. – odpowiedział, zwracając zwój. – To deklaracja wojny. Ciekawe, bo nigdy nie zawracali sobie głowy takimi drobnostkami. A już zupełną nowością jest ta oferta…
Tsunade pokiwała głową. Wiadomość była dość jednoznaczna – każdy, kto stanął na drodze „Legionów Nowego Przeznaczenia” mógł albo się poddać, stracić wszystko co posiadał, włącznie z wolnością, ale zachować życie, lub walczyć i zginąć. Trzeciej opcji autorzy wiadomości nie przewidzieli.
- Mam natomiast całkiem dobrą wiadomość. Kumo, Iwa i Mizu zaoferowały że do nas dołączą, pod jednym warunkiem. – Tsunade skrzywiła się. – Mianowicie, jeżeli uda nam się odbić należące do nich Bijuu. Mogliby uczciwie odmówić, a nie stawiać niemożliwe do spełnienia… – przerwała, widząc że Satsu najwyraźniej rozważa tą opcję.
- Tsunade-sama, nie wiesz czy oni również otrzymali takie wiadomości?
- Nie mam pojęcia. – odpowiedziała ostrożnie. Czyżby uznawał coś takiego za możliwe?
- Cóż, ujmę to tak: jesteśmy gotowi przeprowadzić taką operację, ale mamy kilka warunków. Po pierwsze, od tej pory nie będzie mowy o czymś takim jak „ich Bijuu”. Ogoniaste Bestie należą do siebie i nikogo więcej. Pomogą nam, jeżeli same tego zechcą. – Satsu uśmiechnął się uspokajająco. – O to, czy zechcą, nie ma co się martwić – możemy ich sporo nauczyć.
- Jesteś pewien, że to wystarczy, Satsu-sama?
- Pewien? Nie. Ale przekonany, jak najbardziej. Drugi warunek – będziemy potrzebowali pełnych informacji dotyczących tych Bijuu, które zostały przechwycone. Z tego co wiem, Kazekage może wiedzieć całkiem sporo na temat techniki, której ci goście używają do wyrwania demona z ciała i późniejszego pieczętowania go. Jeżeli to możliwe, chciałbym, aby porozmawiał z naszymi specjalistami. Może uda nam się wymyślić coś sensownego. Dasz radę to załatwić, Tsunade-sama?
- Powinno się udać…
Satsu, zamyślony, zaczął krążyć po biurze Hokage. – Oczywiście, nie będzie to łatwe. Zwłaszcza przekonanie pozostałych Kage… Szczególnie Tsuchikage i Raikage. Obaj mają kamienne łby… Ale jeżeli otrzymali podobne wiadomości, to powinno się udać. Szkoda, że nie zdążą podesłać swoich shinobi, żeby można było włączyć ich do programu szkoleniowego… – przerwał wpół zdania. Odwrócił się do Hokage. – Dziękuję za przekazanie mi tych wieści, Tsunade-sama. Jeśli mi wybaczysz, powinienem omówić te kwestie z moją Radą.
- Satsu-sama… Naprawdę sądzisz, że uda wam się odbić Bijuu?
Skrzywił się. – Nie bardzo mamy wybór w tym temacie, czyż nie? Jeżeli to konieczne, by te zakute łby zdecydowały się do nas dołączyć, to MUSIMY to zrobić – niezależnie od tego, jak trudne jest to zadanie.
Z tymi słowami opuścił gabinet Hokage. Tsunade westchnęła ciężko. Wyglądało na to, że jedyne rozwiązanie ich największego problemu stanie się źródłem kolejnych, wcale nie mniejszych…

Naruto oparł się wygodniej o pień drzewa. Ze swojego miejsca miał znakomity widok zarówno na osadę, jak i znajdujący się obok obóz Klanu Smoka. Hinata. siedziała tuż obok niego. Dzień zdecydowanie był wspaniały.
Nagle usłyszał za sobą jakieś poruszenie. Zanim zdążył wstać i się odwrócić, tajemniczy obserwator zorientował się, że ktoś był tu przed nim.
- Naruto? Hinata? Wybaczcie, nie chciałem przeszkadzać.
- Iruka-sansei? Wszystko w porządku?
Nauczyciel z Akademii wyraźnie czymś się martwił. – Niestety nie, Naruto… Zbliża się wojna. Wasze pokolenie nie doświadczyło jej okropieństw… Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie. – nagle uśmiechnął się. – Ale odnoszę wrażenie, że niepotrzebnie pogarszam wam nastrój. Z tego co słyszałem, jakieś gratulacje byłyby na miejscu?
Naruto wielokrotnie dziękował potem losowi, że z konieczności odpowiedzi na to pytanie wybawiło go nagłe poruszenie w obozie Klanu Smoka, które skutecznie skupiło uwagę całej trójki.
Ryk, który rozległ się przed chwilą był ogłuszający – strach pomyśleć, co działo się bliżej jego źródła. Po chwili spomiędzy zabudowań obozu Klanu Smoka wyleciały trzy stwory.
Naruto otworzył szeroko oczy. Kiedy musieli ewakuować Hinatę, nie poświęcił wiele uwagi na to, co działo się dookoła niego. Teraz z niedowierzaniem patrzył na trzy olbrzymie, jaszczurze cielska, powoli wznoszące się nad obozem. Jeden z nich wyglądał znajomo – to chyba był ten sam, który pomógł wtedy, w przenoszeniu Hinaty na zlot Kage.
Dwa pozostałe wyglądały równie majestatycznie. Jeden z nich, o barwie nocnego nieba, był nieco mniejszy. Jego ruchy sprawiały wrażenie nerwowych i wymuszonych, jakby nie czuł się w powietrzu zbyt pewnie. Mimo to, najwyraźniej cieszył się z możliwości lotu, choć wyglądał jakby nie do końca wierzył w swoje możliwości.
Dla odmiany Take – o ile Naruto dobrze pamiętał, tak miał na imię zielony smok – najwyraźniej był w swoim żywiole. Z każdego jego ruchu, nawet najdrobniejszego, emanowała niczym nieskrępowana radość. Widać było wyraźnie, że ten smok urodził się i żyje właśnie dla takich chwil jak ta, gdy mógł latać, nieskrępowany niczym, wolny jak wiatr. Oderwanie wzroku od zielonego jaszczura wymagało sporo wysiłku – jego ewolucje były wręcz zdumiewające.
Trzeci ze smoków, o barwie roztopionej miedzi, płynął w powietrzu spokojnie i majestatycznie. Nie miał w sobie ani niepewności Czarnego, ani dzikiej, nieokiełznanej radości Take. Jego ruchy były wyważone, niczym u doświadczonego tancerza, który osiągnął mistrzostwo techniczne, ale po drodze zgubił radość z tańca.
Hinata westchnęła z podziwem. – Jakie one są piękne. – wyszeptała, patrząc na trzy sylwetki potężnych gadów, mknących po niebie, goniących się i kreślących skomplikowane figury podniebnego tańca. Nawet Miedziany w końcu dał się chyba przekonać, porzucając majestatyczny lot na rzecz szybkiej pogoni za Take, który jednak bez większych problemów wywinął się pozornie niedbałym ruchem, aby po chwili znaleźć się za niedawnym ścigającym.
W odpowiedzi, Miedziany błyskawicznie zawrócił, ustawiając się frontem do mniejszego smoka. Ten moment wykorzystał Czarny, aby przemknąć pod brzuchem największego z gadów i śmignąć mu tuż przed pyskiem. Take, korzystając z podarowanych mu ułamków sekundy zdołał wyminąć swojego „przeciwnika”. Z góry rozległy się salwy śmiechu. Dopiero teraz obserwatorzy zauważyli maleńkie figurki na grzbietach potężnych jaszczurów. Najwyraźniej smoki miały pasażerów.

Itsu zamarł, widząc trójkę shinobi z Konohy stojących na krawędzi urwiska, wpatrujących się w niebo. Nie chciał im przeszkadzać, więc odwrócił się aby odejść. Niestety, zdradziły go metaliczne szczęknięcia pancerza. Hinata odwróciła się i go zauważyła.
- Itsu-dono!
Skrzywił się pod kapturem. Nigdy nie był zbyt towarzyskim typem. Wolał przebywać razem ze swoimi towarzyszami z Szóstego Szturmowego, czy tymi nielicznymi uczniami, którzy zaskarbili sobie jego uznanie – na przykład Satsu i Hitomi. Wiele wskazywało na to, że również Hinata i Naruto będą się zaliczać do tego grona – kiedyś. Musiało minąć trochę czasu, zanim Itsu ich pozna, zanim będzie czuć się swobodnie w ich towarzystwie. Siostra zawsze powtarzała, że był strasznym mrukiem. Miała trochę racji.
- O co chodzi? – zapytał, niechętnie podchodząc bliżej. Doszedł do wniosku, że jego aspołeczność przynajmniej w części wynikała z tego, że miał znacznie mniej środków aby wyrażać emocje – przy niewidocznej twarzy odpadała większość komunikacji niewerbalnej.
- Co to za smoki? Są niesamowite.
Itsu zadarł głowę, by przyjrzeć się dokładniej jaszczurom mknącym po niebie. Choć nikt nie mógł tego zauważyć, jego okaleczona twarz rozciągnęła się w uśmiechu. Zawsze lubił oglądać podniebny taniec smoków.
- Ten zielony to Take, już go spotkaliście. Należy do kasty Kurierów, jest osobistym chowańcem Yoshiro. Miedziany to Fukume, jeden ze smoczej arystokracji. Zajmuje wysoką pozycję w hierarchii smoczego rodu. Służy jedynie członkom rodu Ryuumaru, podejrzewam, że siedzi na nim Hitomi. Ona jedyna potrafi rozruszać tego drętwusa. – przerwał, żeby zaczerpnąć oddech. – No i jest Rinku. Na smocze standardy to jeszcze dzieciak, nie ma nawet pięćdziesięciu lat. Z tego, co słyszałem, jest bardzo utalentowany, ale rozpaczliwie brakuje mu doświadczenia. Pewnie skończy wśród Wojowników – to co prawda marnotrawstwo talentu, ale niestety, wojna rządzi się swoimi prawami.
- Czym są Wojownicy? Albo Kurierzy? – zapytał Naruto z mocno skołowaną miną.
- To kasty wewnątrz smoczego rodu. – wyjaśnił Itsu, wzruszając ramionami. Kiedy zauważył, że nikomu nic to nie mówi, westchnął ciężko. – Smoki, podobnie jak na przykład ród ropuch, mają własną, wewnętrzną strukturę. Jej podstawą są właśnie kasty – Wojowników, Medyków, Kurierów… Sporo tego jest. Młode smoki są przydzielane do kast na podstawie uzdolnień, nie pochodzenia. Smocze powiedzenie mówi, że kto ma wielkich przodków, musi dbać o ich dobre imię, a kto chce zdobyć wysoką pozycję, winien sam zostać wielkim przodkiem.
- Rozumiem. – Hinata kiwnęła głową. – A to? – wskazała ruchem głowy na podniebną gonitwę.
- Yoshiro nazywa to Niten no Mai – Taniec Dwóch Niebios. Albo Dwóch Niebiańskich Mieczy. Zazwyczaj… – urwał, rozglądając się po horyzoncie, jakby czegoś szukał. Najwyraźniej to znalazł, bo wyciągnął rękę wskazując na coś. – Zazwyczaj najpierw razem z Take ganiają się wesoło, czekając aż w okolicy uformuje się odpowiednia komórka burzowa, taka jak ta tam. – dopiero teraz słuchająca go trójka zorientowała się, co oznaczają wskazywane przez Itsu ciemne chmury. – Yoshiro razem z Take wykorzystują techniki z rodzaju W Sztormie Ukrycia, aby upewnić się, że burza nie opuści określonej, bezludnej okolicy i będzie naprawdę intensywna. Kiedy już żywioł się rozszaleje, będą tam latać, zmagając się z wiatrem i ścigając gromy.
- Przecież mogą zginąć! – wykrzyknął przerażony Iruka.
- Owszem. – potwierdził spokojnie Itsu. – I pewnie któregoś dnia tak się to skończy. Ale Yoshiro, tak samo jak Take, to Dziecię Burzy – nie da się mu wyperswadować. On lata wśród gromów. I żyje. Podejrzewam, że w dużym stopniu jest to zasługą jego oczu. – zakończył swój wywód, i mimo nalegań pozostałych nic więcej nie wytłumaczył.
Tymczasem nad osadą Konoha Gakure trzy smoki ścigały się w zapierającym dech w piersiach tańcu. Ludowe powiedzenie głosiło, że kto zobaczy smoczy taniec pośród chmur, temu będzie sprzyjać fortuna. Mieszkańcy Trzeciego Świata z pewnością mieli nadzieję, że w tej ludowej mądrości kryło się ziarno prawdy – bowiem bez wsparcia losu nie mogli liczyć na przetrwanie.
Ostatnie chwile ciszy przed burzą nieubłaganie dobiegały końca.
Praca własna Komentarzy: 1 04 Kwiecień 2013
Dodane przez: Gomeroth
  • Gomeroth
    Gomeroth

    Jeżeli ktoś chce zobaczyć jak powinien wyglądać Take, to zapraszam tutaj: Take

    Pora podać oryginalne brzmienie fragmentu piosenki w wykonaniu Iwashiego:
    "Papa, why do you play
    All the same old songs
    Why do you sing
    With the melody

    Cause down on the street
    Somethings goin' on
    There's a brand new beat
    And a brand new song"
    Bardzo przepraszam, że nadal nie ma następnego rozdziału. Pojawi się najdalej jutro, przy odrobinie szczęścia jeszcze dzisiaj.

    Tytuł utworu to "N'oubliez Jamais", a artysta to Joe Cocker.

    Nie wiem, czemu link nie działa poprawnie, więc poprawiam się: /fani/fanarty/take

    Możesz się ze mną zgadzać lub nie. Ale nie próbuj mówić mi, co mam myśleć.