Wyścig po życie.
Itsuruko była wściekła. Nic, absolutnie nic nie szło tak jak trzeba. Najpierw kłopoty przy bramie. Trzech tępych służbistów, którzy uparli się, że zanim przejdą przez Bramę, muszą przyjąć pieczęcie ograniczające. Co gorsza, okazało się, że pomimo tępoty, pieczętować umieli – zanim Itsuruko zdołała przełamać ograniczenia, zużyła zdecydowanie za dużo chakry. Potem, okazało się że Brama przeniosła ich zupełnie nie tam, gdzie miała – więc stracili kolejne pół dnia. Na miejscu okazało się, że walka już trwa, przeciwnicy najwyraźniej nauczyli się nowych sztuczek, a ich drużyna wciąż nie doszła w pełni do siebie po przełamywaniu pieczęci. Itsuruko musiała wykorzystać kryształ chakry, żeby móc skutecznie udzielać pomocy poszkodowanym. Okazało się, że kryształ, który zużyła był ostatnim, który mieli w zapasie. A teraz, kiedy wydawało się, że problemy zostały rozwiązane, ten cholerny Kuromei zaatakował Chakralną zgnilizną. I chociaż większość jego zarodników nic nie zrobiła – część zestrzelił Yoshiro, a część trafiła w Itsu, któremu akurat ta technika nie mogła zaszkodzić – to kilka zdołało trafić. Konkretnie mówiąc, trzy. Dwa z nich przechwycił Yoshiro. Wkurzające, ale akurat on już wcześniej udowodnił, że w jego wypadku to nie jest tragiczne.
Problemem okazał się ostatni zarodnik.
Uderzył w dziewczynę o imieniu Hinata, która zasłoniła sobą blondyna. Nie ważne, czy wiedziała czym był zarodnik czy nie – jej akcja była zwyczajnie głupia. Czyli dziewczyna coś czuła do blondyna. Szlag.
Kiedy Itsuruko podbiegła, było już za późno na detonację chakry. Zarodnik wniknął wgłąb organizmu. Szlag! Pół biedy, jeżeli nie trafił w meridianę. Oby tak było. Bo w przeciwnym razie…
Problem polegał na tym, że Sztuka Chakralnej Zgnilizny powodowała powolną przemianę chakry w śmiertelną truciznę. Istniały metody leczenia, ale nie w wypadku bezpośredniego zainfekowania meridiany. Owszem, Itsuruko potrafiła spowolnić rozprzestrzenianie się zarazy, ale nie dałaby rady powstrzymać jej, gdyby spełnił się najgorszy scenariusz.
Machnęła ręką, odganiając pozostałych. Potrzebowała przestrzeni. I Yoshiro. No i spokoju, ale, znając życie, akurat na to nie miała co liczyć.
Ryuumaru przyklęknął obok. – Jak to wygląda?
- Jeszcze nie wiem. – pokręciła głową. – Muszę sprawdzić, czy nie trafiło w meridianę.

Naruto jeszcze raz szarpnął się. Niestety, Sakura i Sasuke trzymali mocno. Hinata! Czemu to zrobiła?! Czemu rzuciła się pod pocisk?! Czemu znowu naraziła dla niego swoje życie?!
- Uspokój się, młotku. – Sasuke potrząsnął głową. – Nie pomożesz jej, odwracając uwagę lekarzy.
- Właśnie, daj działać medykom. – Sakura ścisnęła go mocniej za ramię. Ona również martwiła się o Hinatę, tak jak wszyscy. Nagle przed oczami pojawiło jej się wspomnienie: atak Paina na Konohę. Wtedy również Hinata była gotowa poświęcić swoje życie, żeby ocalić Naruto. Ocaliła ją szybka interwencja Sakury, oraz fakt, że przeciwnik nie chciał jej zabić. Czy tym razem miało być odwrotnie?
Dwójka shinobi pochylonych nad dziewczyną sprzeczała się cicho. Najwyraźniej mieli jakiś problem. W końcu ten w zielonym płaszczu (Yoshiro – tak go nazywali, przypomniała sobie Sakura), potrząsnął głową i odezwał się na tyle głośno, że wszyscy usłyszeli.
- Nie, to na nic. Musimy sprawdzić, czy nie doszło do zakażenia meridiany.
- Więc co proponujesz?
- Byakugan. Wiem, że potrafisz się nim posługiwać.
Sakura potrząsnęła głową. Musiała się przesłyszeć. Żadne z nich nie wyglądało na członka klanu Hyuuga. Chociaż… Może chcieli poprosić o pomoc Nejiego?
Ale nie. Dziewczyna w białym płaszczu (Itsuruko – przemknęło Sakurze przez głowę), skrzywiła się, ale pokiwała głową. Obydwoje błyskawicznie zawiązali pieczęcie i aktywowali kekkei genkai klanu Hyuuga.
Ich oczy wyglądały… inaczej. U Hinaty, Nejiego i całej reszty ich rodziny byakugan wydawał się być naturalnym rozwinięciem. U nieznajomych natomiast oczy przeszły sporą przemianę. Jedyne, co miały wspólnego z oczami klanu Hyuuga, to uwydatnione naczynia krwionośne biegnące promieniście od kącików oczu ku skroniom. Źrenice skurczyły się do rozmiarów łebka szpilki każda. Tęczówki poszerzyły się i wyblakły, nadal jednak nie były całkowicie białe. Całość wyglądała… niepokojąco.
I wtedy padło to zdanie. To, którego Sakura tak się obawiała.
- Nie damy rady jej uratować.
Sakura poczuła, jak Naruto tężeje. Przez chwilę myślała, że chłopak zemdleje, ale w tej samej chwili poczuła szarpnięcie. Zanim zdołała zareagować, była w powietrzu. Dopiero po chwili zrozumiała, co się musiało stać. Naruto sięgnął po moc Dziewięcioogoniastego. Wszystko na nic. Nawet, jeżeli zrobił to, żeby spróbować ocalić Hinatę, to lisi demon zniszczy wszystko i wszystkich w okolicy. Nie czuła nawet strachu, ani smutku, gdy to zrozumiała. Tylko… jakoś tak głupio – umrzeć, gdy przeciwnicy byli już pokonani…

Naruto rzucił się do przodu. Nie czuł nic – poza bólem. Poza winą. Gdyby nie on, Hinata by przeżyła. Gdyby tylko był dość silny… Nawet nie poczuł, że sięga po moc Kyuubiego. Jedyne, czego chciał, to być teraz tam, trzymać ją i nie pozwolić jej umrzeć.
Yoshiro zareagował momentalnie. Odwrócił się i wyrzucił przed siebie prawą rękę. Naruto zdążył zauważyć tylko, że prawe oko Yoshiro wyglądało jakoś inaczej, zanim do ziemi nie przyszpiliła go potężna łapa, uformowana z dziwnej, zielonej chakry, będąca przedłużeniem ramiona shinobi.
- Uspokoiłeś się już? Bo na pewno nie pomożesz przyjaciółce, szarżując na nią w takim stanie. – głos Yoshiro był cichy i spokojny. Ale jego oczy… Lewe nadal miało aktywnego „byakugana”. Prawe zaś było zupełnie inne. Całe zielone, miało teraz kształt rombu i lekko świeciło. W dodatku źrenica była teraz pionową szparką, z której wydawał się sączyć jadowity blask. Naruto wzdrygnął się. – Nie zostawię jej. Nie pozwolę jej umrzeć. – złapał się na tym, że mówi niemal szeptem. – Nie teraz.
- Jeżeli ją stratujesz, nie pomożesz nikomu. Ani jej, ani sobie. – łapa z chakry zniknęła. Yoshiro zamknął na chwilę lewe oko, a gdy znów je otworzył, wyglądało identycznie jak prawe. – Jesteś jinchuuriki?
Naruto pokiwał głową. Co to miało za znaczenie w takiej chwili?
Yoshiro spojrzał na Itsuruko. Ta najwyraźniej coś rozważała, ale po chwili kiwnęła głową. – Może nam się udać. Ale – podniosła palec w ostrzegawczym geście – nawet jeżeli nam się uda, tutaj nie przeżyje. Musimy ją przenieść. Musi mieć odpowiednią opiekę.
- Hitomi?
- Hitomi. – medyczka skinęła głową. – Problem polega na tym, że nie wiem, gdzie ona jest.
- Satsu wybrał się na jakiś zlot, czy inne spotkanie cieni… Ale nie mam pojęcia gdzie. – Yoshiro potrząsną głową.
- Zjazd Kage? Odbywa się w Kraju Żelaza. – wtrącił się Kakashi.
- Wiesz, gdzie to jest? Możesz wytłumaczyć? – Yoshiro spojrzał na zamaskowanego shinobi… z nadzieją? Odczytywanie emocji było ciężkie przy tych oczach.
Kakashi powoli skinął głową. – Owszem, mogę. Ale… Rozumiem, że wam się spieszy? – gdy Yoshiro skinął głową, Kakashi westchnął. – Kraj Żelaza jest dość daleko. Zakładając forsowne tempo, myślę, że podróż potrwałaby koło trzech, może czterech dni…
- To nie jest problem. – wtrącił się Itsu. W jego głosie było słychać zabarwione wyższością rozbawienie. – Potrafimy przemieszczać się bardzo szybko. Jeżeli pokażesz mi, jak tam dotrzeć, powinniśmy być w stanie zdążyć.
Kiedy Kakashi wyciągnął z jednej z kieszonek kamizelki mapę i zaczął tłumaczyć drogę, a Itsuruko zaczęła traktować Hinatę jakąś techniką medyczną, Yoshiro odszedł od grupy kawałek, gestem przywołując do siebie Naruto.
- Jakiego demona masz w sobie?
- Dziewięcioogoniastego lisa, ale co to ma… – zaczął Naruto i nagle poczuł silny zawrót głowy. Kiedy znowu był w stanie otworzyć oczy, o mało co nie podskoczył. Znowu był naprzeciw celi Kyuubiego. Zza krat łypnęło na niego złowrogo oko demona. W tej samej chwili poczuł poruszenie za sobą.
Zawsze mu się wydawało, że naprzeciwko kraty był korytarz, a nie otwarta przestrzeń… Ale, z drugiej strony, nie raz i nie dwa był świadkiem drobniejszych zmian. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, zauważył poruszenie w ciemności.
Z mroku wyszedł Yoshiro. Za nim, nadal niewidoczny, znajdował się jakiś olbrzymi kształt – to było wszystko, co Naruto mógł powiedzieć. Cokolwiek to było, trzymało się na tyle daleko, żeby nie dało się powiedzieć nic więcej.
Yoshiro rozejrzał się dookoła w zadumie.
- Ciekawie, bardzo ciekawie. – nagle zauważył kraty. – Dzieciaku, ty go trzymasz w klatce?
- Eeee… a jak powinienem, ten teges? Bo on raczej stara się demolować wszystko dookoła… – Naruto potrząsnął głową. O co chodziło temu gościowi? I skąd on miał na to wszystko czas?
- Wiesz co, Togashi, wydawało mi się, że tutejsi lepiej będą się obchodzić z istotami, które pamiętają staruszka Rikudo. – Yoshiro potrząsnął głową. – A tu taka niespodzianka…
- Staruszka Rikudo? Togashi? Kim wy jesteście? – Kyuubi uderzył w kratę.
- Kimś na tyle silnym, żeby bez problemu ustawić cię tam, gdzie twoje miejsce, Kurama. Więc z łaski swojej o tym nie zapominaj. – odparła istota kryjąca się w mroku.
- Kurama? A to co za jeden, ten teges? – Naruto rozglądał się skołowany, jakby spodziewał się, że skądś wyskoczy kolejny uczestnik dyskusji.
- Ugh… Kurama to ja. Tak mam na imię, bałwanie. – Kyuubi pokręcił głową. Czasami głupota tego dzieciaka była rozbrajająca. A zazwyczaj… dobijająca. Zwrócił wzrok na istotę kryjącą się w mroku. – A co do ciebie, nieznajomy – nie wiem, kim jesteś, ani skąd znasz moje imię. Czuję twoją siłę. Nie znam cię, ale nie będę z tobą walczył.
- Cieszy mnie to. A teraz, mamy chyba bardziej palący problem do rozwiązania.
- Faktycznie. – Yoshiro skinął głową. – Czas tutaj płynie wolniej, ale to nie znaczy, że możemy go marnować. Naruto, czy wiesz cokolwiek na temat Sztuki Transfuzji Chakry? – blondyn pokręcił głową. W życiu nawet nie słyszał o czymś takim. – To kiepsko. A może ty, Kurama-san?
- Coś słyszałem. Czy mam rozumieć, że do tego mnie potrzebujecie? Żebym pomógł wam uratować tę małą?
- Możesz to zrobić? – Naruto otworzył szerzej oczy. – Czemu nie powiedziałeś wcześniej, ten teges?
Kyuubi – wróć, Kurama – parsknął. – A powiedz mi, po co miałbym wspominać?
- Jeżeli możesz jej pomóc, proszę cię, zrób to… Kurama-san.
Lis zerknął na blondyna. To było coś nowego. Przez te wszystkie lata nie pamiętał, by ktokolwiek go o cokolwiek prosił. Twarz dzieciaka wyrażała determinację. Kurama zastanowił się. Wiedział, na czym polegała Sztuka Transfuzji. Mógłby tego dokonać. Pytanie tylko – czy miał jakiś powód, by to robić? Po chwili namysłu, doszedł do wniosku, że tak. Owszem, dzieciak nigdy nie traktował go z szacunkiem – ale też sam lis nie dawał mu do tego powodów. Ten cały Naruto zawsze był uczciwy względem demona, tego nie dało się ukryć. Kurama stłumił westchnienie. Chyba robił się miękki na starość.
- Zgoda, dzieciaku. Ale chciałbym jeszcze wrócić do tej rozmowy. – dodał, patrząc na kryjącą się w cieniu istotę, nazywaną Togashim.
- Doskonale. – Yoshiro skinął głową. – Rozumiem, że nie muszę tłumaczyć ci jak dokonać Transfuzji?
- Nie, nie musisz.
- Świetnie. Naruto, wypuść Kuramę. I pozwól mu zająć twoje miejsce.
- W-wypuścić? – zająknął się Naruto. – Z-znaczy, przełamać pieczęć, ten teges?
- Owszem. I pospiesz się jak już mówiłem, czas tutaj płynie wolniej, ale nie mamy go już zbyt wiele. Ja ruszam załatwić transport. – Z tymi słowami, Yoshiro cofnął się w cień. Momentalnie przytłaczające wrażenie obecności zniknęło. Naruto spojrzał uważnie w oczy lisa. Mając nadzieję, że tamci dwaj się nie mylili, powoli odsłonił umieszczoną na brzuchu pieczęć…

Itsuruko obrzuciła spojrzeniem jinchuurikiego. Młody wyglądał na śmiertelnie przerażonego. W sumie, nic dziwnego – z tego, co medyczna kunoichi wiedziała, mieszkańcy Trzeciego Świata nie mieli zbyt wielkich doświadczeń w rozmowach z demonami. A zwłaszcza takimi, które osiągnęły rangę bijuu.
- Spokojnie, dzieciaku. Dopóki nie będziemy mieli transportu – wskazała głową Yoshiro, który oddalił się jeszcze kawałek – nie pomożesz w żaden sposób. A teraz, z łaski swojej zamknij się i daj mi się skoncentrować.
Naruto stłumił ogarniającą go wściekłość. Dobrze wiedział, że musi być spokojny. Od tego zależało życie Hinaty… Nie mógł pozwolić, żeby zmarła. Wiedział, że gdyby w tej chwili znowu stał naprzeciwko jednego z ciał sterowanych przez Nagato, i miał do wyboru poddanie się w zamian za życie dziewczyny, nie wahałby się nawet chwili. Wyczuł, że Kurama próbuje nawiązać z nim kontakt, ale nie dopuścił do tego. Za chwilę lis przejmie kontrolę nad jego ciałem. Naruto nie wiedział, czy w takiej sytuacji on sam będzie w stanie widzieć, więc chciał zatrzymać w pamięci chociaż obraz jej twarzy.

Sakura z trudem podniosła się z ziemi. Rozejrzała się, próbując zlokalizować Dziewięcioogoniastego. Coś było nie tak. Przez chwilę zastanawiała się co, a potem ją olśniło – nie czuła tej złowrogiej obecności, co wtedy, na Moście Nieba, czy podczas ataku Nagato. Jak to możliwe? Czyżby Naruto stłumił moc demona?
- Może lepiej cofnij się kawałek. – usłyszała. Kiedy się odwróciła, zobaczyła Yoshiro, stojącego kilka metrów od niej. – Tu zaraz zrobi się dość tłoczno. – wyjaśnił.
Kiedy Sakura odeszła kilka kroków, shinobi przygryzł kciuk do krwi i zawiązał pieczęcie. Kunoichi miała tylko chwilę, żeby się zorientować…
- Technika przywołania!
Z tradycyjnym hukiem i kłębami dymu pojawił się chowaniec Yoshiro. Sakura odskoczyła kilka kroków w tył, bardziej zdumiona niż przerażona… choć niewiele.
Istota była ogromna, przynajmniej dwa razy większa niż Katsuyu, którą sprowadzała Tsunade. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak jaszczurka. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się było widać różnice – przywołana istota była znacznie masywniejsza, a jej głowa była bardziej… kształtna, to chyba właściwe określenie. Do tego na szczycie głowy widać było linię kolczastych wyrostków, która ciągnęła się wzdłuż szyi, kręgosłupa i ogona przez całą długość stworzenia. Śledząc ją wzrokiem, Sakura zauważyła parę olbrzymich, nietoperzowatych skrzydeł, złożonych na grzbiecie. Chowaniec rozejrzał się i zauważył Yoshiro. Otworzył paszczę i ryknął.
- Ej, Take, zachowuj się.
- Ja ci dam zachowuj, przecież dobrze wiesz, że nie wydobrzałem jeszcze po ostatnim. – głos stworzenia był głęboki, potężny i zdawał się dudnić w głowie.
- Wiem, ale to dość nagła sytuacja. Potrzebujemy transportu.
- Tylko transportu? Żadnej walki?
- Dokładnie. – Yoshiro skinął głową. – To dość nagły wypadek. Mamy tu dziewczynę trafioną Czarną Zgnilizną i musimy szybko dostarczyć ją do medyków.
- Jasne. Gdzie ona jest?
Yoshiro wskazał na wzgórze. – Muszę zacząć wypalać to cholerstwo, więc nie licz na pogawędkę podczas podróży.
- Zupełnie, jakbyś wiedział cokolwiek o subtelnej sztuce prowadzenia konwersacji. – wyburczał Take, kierując się w stronę poszkodowanej. Sakura patrzyła na to wszystko z szeroko otwartymi oczami.
- Eeee… Yoshiro-sama?
- Samo Yoshiro by wystarczyło… Co jest? – shinobi przyspieszył, starając się dotrzymać kroku olbrzymowi. Sakura potrząsnęła głową i dołączyła.
- Co to jest?
- To? Smok. – zapytany wzruszył ramionami. – Wiem, że wygląda nieco inaczej, niż mogłabyś się spodziewać, ale Take jest jeszcze młody i nie przeszedł ostatecznej przemiany.
Dopiero w tym momencie Sakura zdała sobie sprawę, że oczy Yoshiro – które zmieniły się odkąd użył byakugana – wyglądają identycznie jak oczy smoka. Co tu się działo?

Itsuruko uśmiechnęła się krzywo, słysząc ryk Take. Na wszystkie demony, dobrze było znowu mieć tą przerośniętą jaszczurkę koło siebie. Ale po kolei. Skoro smok już jest, to znaczy, że powinni zaczynać.
W chwili, gdy o tym pomyślała, Yoshiro pojawił się obok.
- Najpierw musimy ją wnieść, a potem zaczynamy. Dasz radę ją stabilizować?
Medyczka kiwnęła głową. – Ale nie szarpcie za bardzo. Gonię na resztkach chakry, a muszę jeszcze nadzorować Transfuzję.
- Może pomóc? – jak zwykle, jej brat pojawił się gdy był potrzebny. Dziewczyna kiwnęła głową. – Przenoście. A, zapomniałabym. – znasz trasę?
Itsu kiwnął głową. – Powiedziałbym, że do wieczora powinniśmy być na miejscu. – przyklęknął obok nieprzytomnej dziewczyny. – Podnosimy na trzy. A ty, młody – zwrócił się do chłopaka od Kuramy – trzymaj jej głowę nieruchomą.
Naruto potakną, zdenerwowany. Niepotrzebnie. Samo przeniesienie nieprzytomnej Hinaty nie było trudne. Prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść…

Take zaczął biec. Po chwili skoczył, intensywnie machając skrzydłami. Ich łopot wydawał się zagłuszać nawet myśli. Naruto zauważył, że Itsu wdrapał się na głowę smoka i teraz coś mu tłumaczy – zapewne drogę. Nieważne. Powinien skoncentrować się na tym, co miał teraz do zrobienia. Zaczął się odwracać, gdy usłyszał, jak Yoshiro woła go po imieniu.
- Naruto! Spójrz na mnie! – shinobi zmierzył młodego jinchuuriki wzrokiem. – Muszę ci wyjaśnić kilka rzeczy, więc słuchaj. Jedynym ratunkiem dla Hinaty jest wypalenie zainfekowanej chakry. Mogę tego dokonać, ale ponieważ zużyłem prawie cały zapas własnej chakry, muszę wykorzystać do tego tą, którą dostaję od Togashiego. A nie jestem w stanie ściągać jej wystarczająco dużo, żeby jednocześnie wypalać i dokonywać transfuzji. Dlatego ty musisz się tym zająć. Jakieś pytania?
- Coś koło miliona, ten teges, ale musimy zaczynać.
- Owszem. – Yoshiro pokiwał głową z uznaniem. Wyciągnął przed siebie prawą rękę i skoncentrował się. Dłoń momentalnie spowiła zielonkawa chakra, identyczna z tą, która niedawno uformowała łapę. Zielonkawy kokon owinął się wokół przedramienia, skurczył i nagle wybuchnął, przybierając kształt i kolor płomienia. Yoshiro opuścił dłoń nad brzuch Hinaty i ułożył palce nad punktem, w który wniknął Zarodnik.
To było ostatnie, co Naruto zobaczył, zanim wypuścił Kuramę. Mógł tylko mieć nadzieję, że postępuje słusznie. Jeśli nie, to Hinata jako pierwsza zapłaci za jego błąd…
Praca własna Komentarzy: 0 05 Marzec 2013
Dodane przez: Gomeroth