Wojna Trzech Światów - Rozdział 31

Akcja i reakcja

W Krainach Cienia nie można było mówić o wietrze. Smętne podmuchy powietrza, które od czasu do czasu wzniecały tumany kurzu i pyłu, zdecydowanie nie zasługiwały na to szlachetne miano. Niemniej, od czasu do czasu zdarzało się, że podmuchy przybierały na sile, a kurzawy naprawdę utrudniały życie.
Nawet tak daleko od źródła spaczenia, tuż koło Muru Kaiu, było to poważne utrudnienie. Mitsu skrzywił się, próbując bezskutecznie przeniknąć wzrokiem tumany pyłu. Próby były z góry skazane na niepowodzenie. Mimo to, potężna, przypominająca górę sylwetka Shiro Yakamo już od dłuższego czasu dawała się rozróżnić w zawiei. Było to pocieszające – ranni potrzebowali jak najszybciej znaleźć się w rękach medyków.
W tej sytuacji fakt, że zaraz po wyjściu z jaskini Szósty Oddział Szturmowy wpadł na grupę zwiadowców Klanu Kraba okazał się prawdziwym błogosławieństwem. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że Kraby, słynące z żelaznej dyscypliny, najprawdopodobniej potraktują ich po powrocie jak dezerterów – zresztą słusznie – nie mógł przeważyć tego, że bez ich pomocy sponiewierani wojownicy prawdopodobnie nie wytrzymaliby podróży. Lub padliby ofiarą pierwszej lepszej grupy pomiotów Drugiego.

Yakamo Mori, dowódca oddziału zwiadowców, zatrzymał się i obrzucił uważnym spojrzeniem Ise-Zumi.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że Kisada-sama będzie zapewne nalegał na publiczną rozprawę?
Mitsu westchnął. – To jest moje najmniejsze zmartwienie. O wiele bardziej się przejmuję tym, że Aramoro Shoju-sama dojdzie do wniosku, że podlegamy pod jego jurysdykcję i zażąda, aby to on prowadził proces.
Zwiadowca westchnął. – Akurat teraz, gdy nic nie jest bardziej zbędne niż kolejne problemy między Klanami.
Mitsu miał spore doświadczenie w kontaktach z dyplomatami i dzięki temu zdołał zamaskować swoje zaskoczenie. W głosie Kraba nie usłyszał niemal żadnych wyrzutów skierowanych w stronę Szóstego Szturmowego. Było to o tyle zaskakujące, że to przecież ich samowola była źródłem wszelkich możliwych komplikacji dyplomatycznych.
- Co się działo w twierdzy przez ostatnie kilka dni, Mori-taichou? – spytał w końcu ostrożnie.
Krab zastanowił się przez chwilę. – Zaskakująco niewiele, jeśli pytasz o wydarzenia, powiązane z Szóstym Oddziałem Szturmowym, mnichu. – odparł w końcu. – Żadnego oficjalnego komunikatu, żadnych rozkazów. Sam się o tym dowiedziałem przez przypadek, z rozmowy z grupą Wilków, które wypuściły twoich byłych podwładnych.
Zapadła długa cisza, gdy Mitsu rozważał słowa Kraba. W tym czasie zbliżyli się do Muru na tyle, że potężny system umocnień stał się materialnym bytem, a nie zjawą pośród kurzu i piachu wirujących na wietrze.

Naruto powoli, z trudem, stawiał nogę za nogą. Był skrajnie wyczerpany. Wydarzenia ostatnich dni okazały się o wiele większym obciążeniem, niż przypuszczał. Uniósł głowę i rozejrzał się, sprawdzając, jak radzą sobie pozostali. Mina wyglądała na równie zmęczoną, jak on się czuł. Poszarzała twarz dziewczyny nosiła ślady zmęczenia, bólu i żniwa, jakie musiała zebrać technika rodowa dziewczyny. Kiba i Akamaru, zazwyczaj równie pewni energii jak młody Uzumaki, teraz powoli się wlekli ze spuszczonymi głowami. Itachi wyglądał jak zwykle – ciężko było powiedzieć, co dokładnie czuje, ale widać było, że w jego ruchach nie było zwykłej sprężystości i energii. Suigetsu wbijał wzrok w ziemię i z trudem maszerował, starając się utrzymać tempo. Kankuro i Temari szli obok brata, podtrzymując go, a momentami wręcz niosąc. Poszarzały na twarzy Gaara miał problem z zachowaniem przytomności. Lee na pozór był w najlepszym stanie, jednak wystarczyło popatrzeć, jak bardzo jest przygaszony i markotny, aby zrozumieć, że również jego ta wyprawa nie oszczędziła. Hinata trzymała się blisko Naruto, szukając u niego wsparcia zarówno fizycznego – siły powoli ją zawodziły – jak i psychicznego. Blondyn stłumił westchnienie. Sam miał ochotę się na kimś wesprzeć. To czego doświadczył w Wieży wstrząsnęło nim. Dopiero teraz zaczął rozumieć, przed czym ostrzegali ich wszystkich weterani z Pierwszego Świata. Ta myśl sprawiła, że obejrzał się i spojrzał na oryginalnych członków Szóstego Oddziału Szturmowego. Przedstawiali obraz jeszcze większej nędzy i rozpaczy niż Trzecioświatowcy.
Jedynie Itsuruko i Kachiko były w stanie iść o własnych siłach. Młoda medyczka wyglądała, jakby od kilku dni jedynie szła, bez żadnej, nawet najkrótszej przerwy. Jej zwykle radosne oczy były puste, skóra ściągnięta i napięta, a włosy, którym zawsze poświęcała uwagę, splątane i matowe. Szła z trudem, podtrzymując brata.
Stalowy Shinobi poruszał się z wyraźnym trudem. Czy było to spowodowane wyczerpaniem, czy uszkodzeniami pancerza – ciężko powiedzieć. Niemniej, widać po nim było, że swoje oberwał.
Kachiko wyglądała niewiele lepiej. Uwięzienie i wyczerpujące starcie, które nastąpiło po nim zbierały swoje żniwo – w tej posępnej, na wpół żywej postaci ciężko było rozpoznać dystyngowaną, szlachetną Kagehime.
Yoshiro, wspierany przez dwóch zwiadowców Kraba, był ledwo przytomny. Na jego wargach od czasu do czasu powstawały i pękały krwawe bąble, sygnalizujące poważne problemy z płucami chłopaka.
W najgorszym stanie był Iwashi. Zmiennooki mistrz genjutsu leżał na noszach, pozbawiony przytomności przez specjalne formuły hipnotyzujące, wreszcie mógł zapomnieć o paraliżującym wręcz bólu, jaki niosły za sobą postrzępione płaty zbliznowaciałej tkanki, zasłaniające mu oczy – fizyczny dowód na to, jak niebezpiecznie zbliżył się do punktu, w którym skaza Chaosu, która niegdyś napiętnowała jego oczy, rozszerzała się by zawładnąć jego ciałem.
Naruto westchnął ciężko. Nie sądził, że ta wyprawa tak się skończy. Miał nadzieję, że odniosą oszołamiający sukces, powrócą w chwale, a w atmosferze sukcesu nikt nie będzie miał do nich pretensji za to, że wyruszyli ratować Kachiko. Teraz perspektywy wyglądały dużo gorzej…
„Jak zwykle nie myślisz o konsekwencjach, młody”, usłyszał w głowie znajomy głos lisa. „Może zapomniałeś, ale teraz nie możesz liczyć na sympatię Trzeciego, ani Piątej. U nich w najgorszym wypadku skończyłoby się na ostrym zmyciu głowy. Tu mogą cię aresztować. Może to cię nauczy.” Kurama najwyraźniej był w paskudnym nastroju. Naruto skrzywił się. Poznał lisiego demona na tyle dobrze, że wiedział, że w najbliższym czasie próby rozmowy z nim skończyłyby się milczeniem w najlepszym wypadku, albo lawiną złośliwości w najgorszym.
Powoli. Krok za krokiem. Twierdza Kraba była już blisko.

To zdecydowanie nie był powrót w chwale, na jaki liczył Naruto. Większa część twierdzy nawet nie zauważyła powrotu Oddziału. Kiedy jednak jasnowłosy shinobi zobaczył, kto stanowi ich „komitet powitalny”, doszedł do wniosku, że nie miałby nic przeciwko temu, aby nikt nie zwrócił na nich uwagi. Aramoro Shoju i Yakamo Kisada stali obok siebie, mierząc Szósty Oddział Szturmowy ponurymi, lodowatymi spojrzeniami. Grupa medyków natychmiast przejęła rannych. Ci, którzy byli w stanie stać o własnych siłach, czekała w milczeniu.
W końcu Kisada przerwał ciszę.
- Widzę, że udało ci się ich znaleźć, Ise-zumi. To dobrze. – obrócił się i spojrzał na Shoju. – W takim razie pozostawiam ich Smokom, Shoju-sama.
- Dziękuję, Kisada-sama. – Daimyo rodu Aramoro nie odrywał wzroku od obszarpanej grupy. – Zajmiemy się tą sprawą. – Jego głos był spokojny i lodowato zimny. Zebrani na dziedzińcu zadrżeli.

- Mogło być gorzej. – Itsuruko rozejrzała się po pomieszczeniu. Szósty Oddział Szturmowy skierowano do Wieży Wschodzącego Słońca. W normalnych warunkach były to pomieszczenia przeznaczone dla tych nielicznych dyplomatów, którzy odwiedzali twierdzę Klanu Kraba. Obecnie zostały zaadaptowane na lazaret. Inna sprawa, że straże przy drzwiach jasno sygnalizowały, że nadal są w areszcie. Niemniej, biorąc pod uwagę, że mogli wreszcie odetchnąć i zająć się ranami w spokoju, w bezpiecznych, suchych i ciepłych pokojach, z normalnymi posiłkami, a nie żelaznymi racjami – sytuacja nie była najgorsza.
Oczywiście, nadal była kwestia stanu poszkodowanych, ale młoda medyczka była dobrej myśli. W najgorszym stanie byli Mina, Gaara, Iwashi i Yoshiro. Reszta była głównie ciężko wyczerpana. Na szczęście mieli zapewnioną opiekę medyczną. Ręka Miny była już posklejana. Gaara dochodził do siebie. Po dwóch dniach ciężkiej pracy płuca Yoshiro znowu były w jednym kawałku. Nawet Itsu był w lepszym stanie - udało się usunąć zbliznowaciałą tkankę zakrywającą oczy.
Gdyby nie fakt, że w perspektywie mieli proces, można by powiedzieć, że sytuacja wygląda naprawdę dobrze.
Co ciekawe, nie byli sami. Razem z nimi zamknięto – jeśli można było użyć tego określenia – Zbrojmistrzynię i O-Ushi. Na córkę daimyo Klanu Kraba najwyraźniej to nie wpłynęło – zachowywała się, jakby to była świetna przygoda. Na czas "aresztu domowego" zdecydowała się przybrać postać dziewczyny przeciętnego wzrostu, o jaskrawo zielonych, krótkich włosach, nieco zaokrąglonej figurze i huczącym, donośnym śmiechu. Wszędzie było jej pełno. Jedynie Zbrojmistrzyni, Itsu i Kurama byli w stanie oprzeć się jej żywiołowości i zaraźliwej radości. Stalowy Shinobi od czasu gdy skończył naprawiać swój pancerz siedział niemal bez ruchu, pogrążony w medytacji, wpatrując się w widok za oknem. Lisi demon zapieczętowany w Naruto milczał od powrotu, najwyraźniej trawiąc doświadczenia z pobytu w Chaosie i Cieniu.
Zbrojmistrzyni przez większość czasu siedziała nieruchomo. Wyglądała, jakby była pogrążona w głębokiej medytacji, ale Itsuruko znała ją nie od dziś i dobrze wiedziała, że starsza nadzorczyni Zbrojowni Klanu po prostu czeka. Opowieści głosiły, że była w stanie tak trwać tygodniami, bez żadnego, nawet najmniejszego ruchu. Nazywała to ćwiczeniami prana-bindu. Ponoć to właśnie temu zawdzięczała swoje fenomenalne wręcz umiejętności.
Młoda Itsuruko oparła się o ścianę Była zadowolona, że wreszcie pojawiła się poważna okazja, aby odpocząć. Potrzebowali tego. Bardzo tego potrzebowali. Niemniej, coś jej mówiło, że słodkie nieróbstwo nie potrwa długo. No, chyba, że w ramach ukarania dla przykładu, Shoju zdecyduje się wtrącić ich do Piekła. Wtedy wolnego czasu będą mieli aż w nadmiarze.

Trzy dni później, kiedy nawet Iwashi był już w stanie podnieść się z łóżka o własnych siłach, Shoju przybył.
Wszedł bez żadnej zapowiedzi. Po prostu w pewnym momencie drzwi się rozsunęły i do pokoju wkroczyła odziana w czerń postać daimyo rodu Aramoro. Wszyscy momentalnie ucichli. Cichy, spokojny człowiek samą swoją obecnością wręcz wymuszał posłuch. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło zajmowanie się czymkolwiek innym. Cała grupa zebrała się tak szybko, jak tylko byli w stanie.
Shoju milczał. Chwila zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Kachiko czuła, jak serce jej łomoce. Znała ojca na tyle dobrze, by nie spodziewać się jakiejkolwiek taryfy ulgowej – nie po tym, jak wstąpiła do Oddziału Szturmowego po kłótni z nim. Inna sprawa, że nawet gdyby nadal była spadkobierczynią rodu, nigdy nie zniżyłaby się do próśb. Miała swoją dumę i zamierzała z podniesioną głową przyjąć każdy wyrok.

Cisza, jaka zapadła w pomieszczeniu, zdawała się pętać ciała i umysły. Jedynie Shoju nie wyglądał, jakby miało to na niego wpływ. Potoczył zimnym, spokojnym spojrzeniem po grupie shinobi, która spowodowała tyle kłopotów. Gdy dowiedział się o dezercji Szóstego Oddziału Szturmowego zrozumiał od razu, w jak trudnym położeniu się znalazł.
- Ciekaw jestem, ile czasu poświęciliście na rozważanie konsekwencji swoich działań. Czy w ogóle się tym zajęliście. – zaczął. Mówił cichym, spokojnym głosem, nie pozwalając, aby wpłynęły nań emocje. Miał za sobą lata doświadczeń i nauki, które uczyniły z niego znakomitego oratora. Jego ojciec powiedział mu kiedyś, że najgroźniejszą bronią człowieka jest jego język i głos. Starzec miał rację. Jak zwykle. Shoju z trudem powstrzymał grymas odrazy, który zawsze chciał zagościć na jego obliczu, gdy we wspomnieniach pojawiała się postać poprzedniego daimyo rodu Aramoro. Jego ojciec był człowiekiem zgorzkniałym, cynicznym i okrutnym. Niemniej zaszczepił w synu poczucie obowiązku. Była to jedna z niewielu rzeczy, które Shoju w nim szanował.
Młodzi wojownicy niepewnie popatrzyli po sobie. Najwyraźniej nie rozumieli do końca, o co mu chodziło. Błysk zrozumienia zagościł jedynie w dwóch parach oczu. Kachiko oraz Zbrojmistrzyni wymieniły ponure spojrzenia. Wiedziały, co daimyo rodu Aramoro miał na myśli. Nic dziwnego. Kachiko, jako najstarsze dziecko Shoju, odebrała niemal identyczną edukację. Zbrojmistrzyni natomiast miała swoje doświadczenie i mądrość, którą przyniosły lata. Teraz to ona się odezwała, swoim spokojnym, startym głosem.
- Masz na myśli to, jak nasze działania wpłyną na resztę wojsk, Shoju-sama?
- Dokładnie. – Shoju skinął głową. – Nie sądzę, abyście zwrócili na to uwagę, ale w trakcie wojny nie możemy pozwolić na to, by wojsko sądziło, że można zignorować rozkazy.
Większość młodych wojowników spuściła głowy. Daimyo stłumił westchnięcie. Doskonale wiedział, czemu postąpili tak a nie inaczej. – Swoimi działaniami, przemyślanymi czy nie – uniósł dłoń, by zapobiec sprzeciwom – sprawiliście, że w armii zaczęły się rozszerzać pogłoski, że można zignorować rozkazy i przysięgi. Chyba nie muszę wam tłumaczyć, czemu w trakcie wojny coś takiego jest niedopuszczalne?
Cisza, która zapadła po słowach Shoju, była wręcz ogłuszająca. Weterani siedzieli w ponurym milczeniu, wbijając wzrok w podłogę. Trzecioświatowcy wymieniali zakłopotane spojrzenia. Zbrojmistrzyni siedziała wyprostowana, patrząc przed siebie. Wydawało się, że cała sytuacja jej nie dotyczy. Z kolei O-Ushi sprawiała wrażenie, jakby nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Siedziała z zadowolonym wyrazem twarzy, obserwując z zainteresowaniem, niczym dziecko oglądające ciekawe przedstawienie. To również nie było niespodzianką. Córka Kisady nigdy nie potrafiła zachowywać się poważnie.
To nie było wszystko, co Shoju miał do powiedzenia. Stłumił westchnięcie. Nie mógł wyglądać na niepewnego w ich oczach.
- Zupełnie oddzielnym problemem jest to, że zrobiliście to akurat wy. Najsłynniejszy, najpopularniejszy, najbardziej podziwiany oddział w armii klanu. Jeśli nie w całym Pierwszym Świecie. Czy w ogóle zastanowiliście się, jaki efekt na morale całej armii będzie miała wymierzona wam kara?
- Jakoś nie przeszkodziło wam to wtrącić Iwashiego do Piekła lata temu. – burknęła pod nosem Itsuruko.
Shoju doskonale nad sobą panował, więc nawet nie westchnął. Poza tym, spodziewał się takiego argumentu.
- Jeżeli nie pamiętasz, to Potępieniec użył Techniki wyklętej. Jedyną sensowną alternatywą było na stałe zablokować dostęp do wiedzy o tych technikach. Na dłuższą metę doprowadziłoby to do tragedii, biorąc pod uwagę, że nasi wrogowie nie mają zahamowań przed rozwijaniem ich i stosowaniem przeciw nam. Ale nie dyskutujemy teraz na temat tamtych wydarzeń –uniósł rękę, ucinając wszelkie protesty. – Teraz najważniejsza jest sprawa waszego samowolnego oddalenia się z posterunku. Co gorsza, wbrew wyraźnemu rozkazowi. Jakie będą według was skutki, gdy to się rozniesie?
Milczeli. Na to nie mieli odpowiedzi. Nawet O-Ushi spuściła głowę, jakby dotarła do niej powaga sytuacji. Jedynie Kachiko i Zbrojmistrzyni siedziały spokojnie. Jego córka patrzyła na niego spokojnie, nie okazując żadnych emocji. Poczuł dumę.
Natomiast nadzorczyni klanowej Zbrojowni obserwowała go z wyrazem twarzy starannie skrywającym lekkie rozbawienie i coś na kształt… poczucia wyższości? Shoju powstrzymał chęć skrzywienia się. Miał przeczucie, że ona już wiedziała, jaki będzie werdykt. Nigdy nie przestawała go zadziwiać. A do tego doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że niewiele może jej zrobić. Nawet w stanie wojny podlegała Kapitule i jedynie daimyo oraz Smok mieli nad nią władzę.
Powoli wciągnął powietrze. Wypuścił je, starając się uspokoić. Nie podobało mu się to, co musiał zrobić. Cały jego system wartości się temu sprzeciwiał. A jednocześnie wiedział, że nie ma innej metody. Choć rozpaczliwie tego pragnął, pozostała mu jedna opcja. Zacisnął zęby i potoczył wzrokiem po zebranej grupie, wyciągając z rękawa zwój.

Widząc, co ojciec robi, Kachiko poczuła, jak jej serce zamiera. Rozpoznała przedmiot, który trzymał w dłoniach. Szmaragdowy kolor i złote zdobienia mówiły jedno – to decyzja, którą zatwierdziły najwyższe władze, wyrok, od którego nie ma i nie będzie żadnego odwołania. Wniosek ten potwierdził sam Shoju.
- Rozmawiałem o tym zarówno z daimyo Klanu jak i z samym Smokiem. Próby odwołania się nic wam nie dadzą, to ostateczna decyzja.

Yoshiro wypuścił powietrze. Nawet nie zorientował się, że do tej pory wstrzymywał oddech. Cóż, wszystko stało się jasne. Za kilka chwil ich kariera dobiegnie końca. Nie do końca tak, jak to sobie wyobrażał. Zastanawiał się tylko, czy wtrącą ich do Piekła, czy skończy się na pozbawionym honoru wyrzuceniu z armii. Sam nie wiedział, co jest gorsze.

Satsu raz jeszcze zmierzył grupę wzrokiem, po czym rozwinął zwój.
- W związku z wydarzeniami, jakie stały się faktem za sprawą działań podjętych przez Szósty Oddział Szturmowy …– zaczął czytać swoim najlepszym, oratorskim głosem, rozmyślnie powoli. – Smocza Rada postanawia… – zawiesił głos i uniósł spojrzenie, by zbadać reakcje młodych shinobi.

Itsu tkwił nieruchomo. Choć nie sposób było tego po nim poznać, w jego głowie miała miejsce istna gonitwa myśli. Właśnie dlatego chciał uniknąć wielkiej w skali operacji. Gdyby jedynie Iwashi i Yoshiro wyruszyli, Prawie na pewno dałby radę ich wyciągnąć. Ale niestety, dzieciaki z Trzeciego Świata się uparły. Cóż, chyba będą musieli się nauczyć, że każda akcja powoduje reakcję. Szkoda tylko, że w tak bolesny sposób.

Itsu oddychał z trudem. W przeciwieństwie do pozostałych, niezbyt się przejmował tym, co za chwilę usłyszy. Jego problem był inny. Ciało wciąż nie dawało zapomnieć o tym, co przeszedł podczas walk w Wieży. Samo siedzenie powodowało, że większość mięśni szarpały spazmy bólu. Miał nadzieję, że niedługo się to skończy – w jedną stronę, lub w drugą.

Kachiko patrzyła ojcu prosto w oczy. Z trudem opanowywała chęć przygryzienia wargi, nie wspominając już o chęci odwrócenia się i popatrzenia na Yoshiro lub złapania go za rękę. Ale musiała wytrzymać. Choćby po to, by udowodnić ojcu, że jest wystarczająco silna.

Mina patrzyła na podłogę. Z trudem powstrzymywała drżenie. tego się najbardziej obawiała. Wizji powrotu do domu w niesławie. Rozczarowanych spojrzeń rodziców, wyraźnie dających jej do zrozumienia, jak bardzo ich zawiodła.

Kiba spojrzał na Minę. Domyślał się, przez co przechodzi jego dziewczyna. Westchnął. Teraz był na siebie zły, że ją w to wciągnął. Wcześniej wydawało się to być dobrym pomysłem. Zastanawiał się, czy uda im się jakoś z tego wyplątać.

Itachi pokręcił głową. To było niemal zabawne. Kolejny raz zrobił coś dla dobra innych i kolejny raz miał za to zapłacić. Poprzednio udało mu się uniknąć konsekwencji. Czyżby tym razem los postanowił dopilnować, by zapłacił?

Suigetsu potoczył wzrokiem po suficie. Cała ta sytuacja nieszczególnie go interesowała. Chciał, żeby było już po wszystkim – w depozycie były jego miecze. Zarówno Dekapitator, którego zabrał z grobu Zabuzy, Danzan, pochodzący ze zbrojowni Klanu Smoka, jak i najnowszy nabytek, ostrze zdobyte na przeciwniku w Wieży. Nie mógł się już doczekać chwili, gdy będzie mógł wypróbować broń w sparingu z kimś, kto zna się na szermierce.

Kankuro siedział w ponurym milczeniu. Słowa Shoju uderzyły go tym mocniej, że faktycznie, wcześniej nie zastanowił się nad tym, jak w szerszej perspektywie ich samowolka wpłynie na wojska koalicji. Wyglądało na to, że zanim zacznie starać się o jakąś wyższą pozycję w wojskach Suny, będzie musiał się jeszcze wiele nauczyć.

Temari zastanawiała się nad zaistniałą sytuacją. Rozpaczliwie próbowała znaleźć jakieś rozwiązanie, które nie spowoduje, że cały Oddział zostanie aresztowany. Niestety, jedyną alternatywą, na jaką wpadła, było zwalenie winy na pojedynczą osobę. A to było, w jej opinii nie do zaakceptowania.

Gaara starał się jak mógł panować nad emocjami. Nie żałował decyzji, którą wcześniej podjął. Naruto był jego najcenniejszym przyjacielem. Gdyby znowu potrzebował pomocy, to młody Kazekage bez wahania by mu jej udzielił. A jeśli teraz miał za to zapłacić, to nie zamierzał unikać odpowiedzialności za swoje czyny.

Lee siedział sztywno wyprostowany, wbijając wzrok w zwój trzymany w Shoju. Wpatrywał się w niego z taką intensywnością, jakby tylko siłą swojego spojrzenia mógł zmienić zapisany tam tekst.

Hinata trzymała dłoń Naruto. Bała się. Bała się tego, co za chwilę miała usłyszeć.

Naruto był wściekły. Głównie na siebie, ale również na sytuację. Pierwszy raz w życiu znalazł się w takiej sytuacji. Nie miał pojęcia, co robić. Kurama, w którym najwyraźniej obudziły się stare nawyki, bezlitośnie z niego drwił przez cały czas.

Zbrojmistrzyni siedziała bez ruchu. Na jej wargach błąkał się cień uśmiechu, gdy przyglądała się spokojnie zwojowi trzymanemu przez daimyo rodu Aramoro. Wydawać by się mogło, że cała sytuacja jej nie dotyczy, a ona sama oczekuje na rozpoczęcie jakiegoś kameralnego spotkania.

Shoju potoczył raz jeszcze wzrokiem po zebranych, ciesząc się w duchu, że uniesiony zwój zasłania krzywy uśmieszek, który pojawił się zdradziecko na jego wargach. W duchu się sprzeciwiał temu wyborowi, ale doskonale wiedział, że lepszego nie ma. Ta chwila niepewności była jego ostatnią przyjemnością, na jaką mógł sobie pozwolić. Oczywiście, było to małostkowe, ale też miało wyższy cel. Choć szczerze wątpił, aby Szósty Oddział Szturmowy zaczął działać racjonalnie, pozostawał choć cień szansy na to, że w przyszłości na przykład zawiadomią klanową starszyznę. Albo poszukają bardziej subtelnej metody działania.
Shoju odchrząknął i ponownie skierował spojrzenie na zwój.
- Wybaczcie, coś utkwiło mi w gardle. – posłał im nieszczery, przepraszający uśmiech. Nikt się nie nabrał. Nie miał. – W związku z wydarzeniami, jakie stały się faktem za sprawą działań podjętych przez Szósty Oddział Szturmowy, Smocza Rada postanawia udekorować jego członków Szmaragdową Szarfą. – zakończył, tym razem uśmiechając się szczerze i otwarcie. Widok min młodych shinobi był wspaniały. Żałował, że nie mógł ich w żaden sposób uwiecznić.

Kachiko zmrużyła oczy. Coś jej umykało. Jakim cudem, zamiast uwięzienia, otrzymali odznaczenia? Zerknęła na Zbrojmistrzynię, która nawet nie drgnęła i nagle w głowie jej zaświtało.
- Nie do pomyślenia jest fakt, że najsłynniejszy oddział w armii łamie jasno postawiony rozkaz, prawda? –zapytała cicho. Ojciec kiwnął głową, posyłając jej czujne, badawcze spojrzenie, które tak dobrze pamiętała z młodszych lat. – Z drugiej strony, nie można też zignorować faktu, że opuściliśmy Shiro Yakamo. Jedyną opcją, która pozwala połączyć te dwie sprzeczności…
- Jest wyjaśnienie, że zrobiliście to na wyraźny rozkaz. – dodała Zbrojmistrzyni. Grymas, który błądził po jej twarzy był już teraz otwartym uśmiechem, lekko drwiącym i zawierającym pewną dawkę ukrytego poczucia wyższości. – Na całe szczęście, nikt nigdy nie słyszał, jak Yoshiro otrzymuje zakaz ruszenia w pościg, więc można teraz spokojnie udawać, że nie tyle nie padł, co był czymś zupełnie innym. Mam rację Aramoro Shoju-sama?
Daimyo Aramoro stłumił śmiech. Zawsze wiedział, że gdyby tylko zechciała, Zbrojmistrzyni byłaby bardzo groźnym przeciwnikiem. Była przenikliwa, obdarzona bystrym spojrzeniem i intelektem ostrym niczym odłamek szkła. A do tego miała za sobą wieloletnie doświadczenie, którego wartość ignorował jedynie głupiec.
- Zgadza się. Uznaliśmy, razem z czcigodnym Satsu, że to najlepsza metoda. Według oficjalnego komunikatu, akcja odbicia Kachiko została zlecona przeze mnie.
- I kto niby w to uwierzy. – burknęła Itsuruko. Wciąż była wściekła.
Shoju posłał jej zimny, spokojny uśmiech. – Myślę, że wszyscy, którym zależy na utrzymaniu porządków w armii. – spoważniał. – Nawet biorąc pod uwagę, jak bardzo wydaje się to nieprawdopodobne, myślę, że uwierzą. Ludzie – i oni, skoro już o tym mowa – gdy mają do wyboru piękne kłamstwo i paskudną prawdę, wybiorą kłamstwo. Za każdym razem. Jeśli tylko jest odpowiednio przemyślane i nie burzy wizerunku, który sobie zbudowali. Albo który ktoś zbudował im.
- Taki rozkaz niezbyt wydaje się pasować do wizerunku zimnego, chłodno kalkulującego polityka, za którego zawsze chciałeś uchodzić, ojcze. – stwierdziła cicho Kachiko.
Shoju kiwnął głową, jakby przyznawał córce punkt w rywalizacji, którą toczyli między sobą. – To prawda. A przynajmniej częściowa. Jeśli stwierdzę, że rozkaz wydałem jako ojciec, zrozpaczony losem mojej córki, wszyscy uwierzą. – zaśmiał się zimno. – Może nawet zyska na tym moja opinia. – wstał i skierował się do wyjścia. – Mam tylko nadzieję, że nie zaczną krążyć plotki. Zniszczyłyby wszystko, co chcemy osiągnąć.

Itsuruko ponuro wpatrywała się w plecy Shoju. Przekaz był jasny – jeśli tylko spróbują pisnąć, jak sprawy wyglądały naprawdę, spotkają ich pełne konsekwencje. Zacisnęła zęby. Trudno. Nie miała zamiaru protestować przeciwko rozwiązaniu, które pozwalało im uniknąć odpowiedzialności.

Kachiko w milczeniu odprowadzała ojca spojrzeniem. Zastanawiała się, ile w tym, co powiedział, było prawdziwe. Tym, co bolało ją najbardziej, był fakt, że nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nie potrafiła stwierdzić, czy własny ojciec posłużył się nią niczym pionkiem w grze, podyktowanej chłodną kalkulacją racji stanu. Po zastanowieniu musiała przyznać, że zapewne był to jeden z powodów, dla których sprawy nie układały się pomiędzy nimi zbyt dobrze.

Shoju zatrzymał się w drzwiach.
- Jeszcze jedno. Jako prawa ręka daimyo i przedstawiciel Klanu przy wojskach sojuszu, nie mogę nie potępić waszego działania. – zawahał się. W jego głosie pojawiły się nowe nuty. Kachiko ze zdumieniem rozpoznała niepewność i coś, co brzmiało jak nostalgia. – Ale jako ojciec nie mogę nie podziękować wam za to, że uratowaliście moją córkę.

Słowa, które wypowiedział jeden z najzimniejszych i najbardziej niewzruszonych ludzi w Klanie Smoka wywarły na młodych shinobi jeszcze większe wrażenie, niż niespodziewany wyrok. osiemnaście par oczu wbiło się w pojedynczą sylwetkę, stojącą w drzwiach i opierającą się ciężko o futrynę. Ciężko było uwierzyć, że legendarny stoik miał jakieś ludzkie uczucia.
Nawet Zbrojmistrzyni szerzej otworzyła oczy, całkowicie zaskoczona niespodziewanym obrotem spraw.

Kiedy drzwi się zamknęły, cisza, jaka zapadła, była wręcz ogłuszająca. Młodzi shinobi patrzyli po sobie z pełnymi niedowierzania twarzami.
Pierwsza, jak zwykle, zareagowała Kachiko.
- To był długi, męczący i pełen niespodziewanych wydarzeń dzień. Myślę, że wszyscy się ze mną zgodzą, że najlepiej będzie teraz odpocząć.
Tych kilka słów zadziałało niczym igła, przebijająca bańkę ciszy, spowijającą pomieszczenie. Wszyscy zaczęli naraz mówić podniesionymi głosami, ściskać się, poklepywać po plecach i ramionach i w inny sposób okazywać radość płynącą z niespodziewanego, niezwykle pomyślnego zakończenia.
- Udało się nam, ten teges! Udało się nam!
- Naruto, przestań się drzeć jak opętany! Popatrz, Hinata ze wstydu nie wie, gdzie się podziać!
- Przecież ona zawsze tak reaguje!

O-Ushi była w swoim żywiole.

Zbrojmistrzyni w milczeniu przyglądała się radości przyjaciół. Opierała się o ścianę, uśmiechnięta i zrelaksowana. Skinieniem głowy powitała Itachiego.
Przez chwilę milczeli. W końcu najstarszy pozostały przy życiu Uchiha przemówił.
- Spodziewałaś się tego. – było to bardziej stwierdzenie niż pytanie, ale kobieta przytaknęła.
- Spodziewałam się, że znajdzie rozwiązanie, które pozwoli mu uniknąć skandalu czy fermentu wśród wojsk, a jednocześnie pozwoli zachować cenny strategicznie oddział. Nie byłam tylko pewna, jak to osiągnie.

W tej samej chwili nad radosną wrzawę przebił się głos Yoshiro.
- Ciekawe jak zareaguje na informację o naszym ślubie.
Znów zapadła cisza. Bez jednego słowa wszyscy powoli odwrócili się w stronę Ryuugana. Ten stał wtulony w Kachiko, nie zwracając zbytniej uwagi na to, co dzieje się dookoła.
- O, stary… Ty to lubisz narażać życie… – Iwashi potrząsnął głową. – Czuję wiatr w swych włosach, a on szepce, opowiada mi różne rzeczy o burzy, co gromadzi się nieopodal… – zanucił cicho.
Praca własna Komentarzy: 3 08 Lipiec 2016
Dodane przez: Gomeroth
  • Artemis13
    Artemis13

    Bardzo fajny rozdział stanowiący zwieńczenie całego wątku ratunku Kachiko :D
    Z drugiej strony mam dziwne wrażenie, że przydałaby mu się korekta - w kilku miejscach zdajesz się mieszać imiona swoich bohaterów, np: "Nawet Itsu był w lepszym stanie - udało się usunąć zbliznowaciałą tkankę zakrywającą oczy." - A to aby nie o Iwashiego chodzi? Podobnie tutaj: "Itsu oddychał z trudem. W przeciwieństwie do pozostałych, niezbyt się przejmował tym, co za chwilę usłyszy. Jego problem był inny. Ciało wciąż nie dawało zapomnieć o tym, co przeszedł podczas walk w Wieży. Samo siedzenie powodowało, że większość mięśni szarpały spazmy bólu. Miał nadzieję, że niedługo się to skończy – w jedną stronę, lub w drugą." Zważywszy, że akapit wcześniejszy też opisywał uczucia Itsu, tutaj powinien być albo Yoshiro albo Iwashi.
    Do tego są jakieś nieliczne błedy interpunkcyjne czy smyki w stylu braku dużej litery na początku zdania, ale to już mniejsze problemy :D No nic, czekam na następny rozdział i pozdrawiam :D

  • ndbshkssyu
    ndbshkssyu

    Świetny rozdział. Nie mogę się doczekać, co będzie dalej.

  • Gomeroth
    Gomeroth

    @Mer, @cwiczwolno, @Malgarot, @Onnotagu, @shimetsu - zapraszam

    Możesz się ze mną zgadzać lub nie. Ale nie próbuj mówić mi, co mam myśleć.