Noc pełna wydarzeń.
Satsu miał ochotę wyć z frustracji. Ledwo udało mu się pozbyć kłopotów z jedną Radą, trafił na następną. W dodatku nigdy nawet nie przypuszczał, że losy wszystkich trzech światów będą zależeć od tego, czy uda mu się przekonać tak skonfliktowaną bandę… idiotów? Nie sądził, żeby przywódcy shinobi faktycznie byli tępakami, ale zdecydowanie tak się zachowywali. Kazekage zdecydowanie był za młody, żeby pozostali brali go na poważnie. Tsuchikage wręcz przeciwnie – przez długie lata zdołał udowodnić (bardzo skutecznie), że nie należy mu zbytnio ufać, bo jedyne, o co dba to interesy własnej osady. Raikage chyba nigdy nie słyszał o czymś takim jak „samokontrola”. Mizukage wciąż starała się naprawić kiepskie wrażenie, jakie pozostawili po sobie jej poprzednicy. A Hokage… temperamentem dorównywała głowie Kumo, a jednocześnie była od niego znacznie bardziej kłótliwa. Zapowiadała się długa noc… Pod warunkiem, że uda mu się powstrzymać siostrę od zamknięcia wszystkich w kryształowych trumnach.
- Ciężkie decyzje, Satsu-sama? – usłyszał nagle głos za swoimi plecami.
Odwrócił się momentalnie, sięgając instynktownie po rękojeść Tetsusaigi. To był odruch, który wyrobił w sobie wiele lat temu, jeszcze zanim został oficjalnie następcą głowy klanu. Jeden z niewielu odruchów, których nie zamierzał zwalczać.
Opuścił rękę rozpoznając mówiącego.
- Wybacz, Mifune-sama. Nie chciałem cię w żaden sposób urazić.
- Nie martw się, wojowniku. Twoje działania były rozsądne. Nie powinienem był podkradać się do człowieka zatopionego w myślach.
- Niemniej zechciej przyjąć moje przeprosiny. Nie powinienem był okazywać ci lekceważenia, tak samo jak nie powinienem był pozwolić sobie na tak głęboką zadumę.
- Przeprosiny zostały przyjęte, Satsu-sama. Więc… czy mogę spytać, nad czym tak rozmyślałeś?
- Zastanawiałem się, jak mogę przekonać tych ludzi do współpracy. – Satsu skrzywił się. – I dochodzę do wniosku, że to niemożliwe.
- Czy dla Strażników Bram cokolwiek jest niemożliwe? – Mifune uśmiechnął się szeroko. – Muszę przyznać, nie spodziewałem się tego.
Satsu westchnął. Samurajowie byli jednymi z nielicznych, którzy znali prawdę o Bramach. Niestety, wiele wskazywało na to, że rola Strażników była wyolbrzymiona. Chyba, że to po prostu on nie dorastał do swojej reputacji…
Otwierał już usta, żeby odpowiedzieć, gdy nagle rozległ się okrzyk strażnika. Najwyraźniej coś się zbliżało. Dwaj przywódcy spojrzeli sobie w oczy, po czym jednocześnie zeskoczyli na dziedziniec.

- Mam nadzieję, że już niedaleko! Ciągnę na resztkach chakry! – Yoshiro z trudem przekrzykiwał wycie wiatru.
- Za chwilę powinniśmy lądować! – odkrzyknął Itsu. Sam miał niezbyt wyraźną minę. Take wzleciał na sporą wysokość, korzystając z prądów wznoszących, a teraz nurkował w kierunku twierdzy samurajów. Stalowy shinobi obrzucił wzrokiem przyjaciela. Wiedział dobrze, że w normalnych warunkach Yoshiro mógłby spokojnie wytrzymać kilka dni w dużo gorszym stanie. Niestety, warunki nie były normalne. Jeżeli szybko nie dotrą do celu, Itsu będzie musiał podjąć ciężką decyzję – czy kazać Yoshiro przerwać wypalanie, co prawdopodobnie doprowadzi do śmierci dziewczyny, czy nie wtrącać się, co ostatecznie spowoduje że jego przyjaciel umrze z wyczerpania. W takich chwilach szczerz nienawidził swojej pozycji dowódcy. To dlatego wtedy, po Bitwie u Wrót Piekieł zrezygnował. Stracił jednego przyjaciela, nie mógł posłać kolejnego na śmierć.

Yoshiro potrząsnął głową. Zużywał za dużo chakry. Wiedział o tym, ale nie miał wyboru. Nie mógł korzystać z byakugana – te oczy nie były dostatecznie precyzyjne. A do tego musiał łączyć swoją chakrę z tą otrzymywaną od Togashiego, żeby móc skutecznie kontrolować wypalanie. W przeciwnym wypadku, chakra demona zniszczyłaby delikatny układ meridianowy dziewczyny. „Będzie wesoło”, przemknęło mu przez głowę.
Powiedziałbym, że już jest.” Togashi najwyraźniej nadal nie miał nic ważniejszego do roboty, skoro nadal utrzymywał kontakt. Yoshiro nie omieszkał zwrócić na to uwagi.
A co mam powiedzieć, młody? Wszystko wskazuje na to, że wasze działania tutaj mogą okazać się bardzo ważne. No, nie bez znaczenia jest też fakt, że tobie zawsze udaje się wplątać w największą aferę w okolicy.
Yoshiro stłumił chichot. Znał Togashiego na tyle długo, że wiedział, kiedy demon żartował sobie. Tym razem był całkowicie poważny – naprawdę lubił towarzystwo swojego Oka.
Zupełnie inna kwestia, że bez jego pomocy dziewczyna byłaby już martwa. Yoshiro ponownie skoncentrował wzrok na meridianach. „Coś tu jest nie tak, zauważyłeś?”
Owszem. Wypalanie idzie zbyt wolno – ale też sama infekcja rozprzestrzenia się wolniej niż powinna. Dasz radę otworzyć Oko?
„Nie ma szans. Nie przy takim poziomie chakry. Nie wiem, czy wytrzymam, jeżeli nie dotrzemy zaraz na miejsce”.
W tym samym momencie Take odwrócił głowę i ryknął, żeby trzymali się mocno. Lądowali.

Satsu opuścił Tetsusaigę. Spojrzał na siostrę i kiwnął głową. W odpowiedzi zobaczył znajomy, krzywy uśmieszek. Ona też wyczuła, że „intruzami” byli członkowie Szóstego. Natomiast wcale nie wyglądała na szczęśliwą. Satsu westchnął. Rozumiał, że siostra miała ochotę na prawdziwą walkę. Sam chętnie by komuś przyłożył. No cóż, będzie musiał poczekać…

Hitomi z westchnieniem rozproszyła chakrą Kryształową Zbroję. Gdyby tylko mogła coś zdemolować… Pewnie poczułaby się lepiej. Wzdrygnęła się, strząsając z siebie kryształową kaszę, w którą przemienił się jej pancerz. Nagle wyczuła jeszcze dwie chakry, których nie znała. Spojrzała na brata.
- Tak, Hitomi, też to czuję. Nie wiem, co to za jedni, ale czuję wyraźnie jakiegoś Bijuu. I… czekaj, mają ze sobą jeszcze kogoś! Czujesz?
Czy czuła? Czuła co? Skoncentrowała się i nagle…
- O, żeby to wszystko… Ktoś oberwał Zgnilizną!!!
No dobra, to by sporo wyjaśniało. Gorzej, że sądząc po chakrze, ta zakażona osoba miała bardzo marne szanse na przeżycie…
- Jeżeli nie zaczniemy działać zaraz po ich lądowaniu, wszystko na nic. Satsu, znajdź i ściągnij tu wszystkich naszych medyków! Natychmiast!
Satsu nie tracił czasu na potakiwanie. Po prostu zaczął biec. Owszem, był głową klanu Ryuumaru, był głową Smoczej Rady, był jednym z najważniejszych shinobi Pierwszego Świata – ale w tej chwili liczyło się tylko jedno. Ratowanie ludzkiego życia. A w tej sytuacji, najlepsze co mógł zrobić, to słuchać poleceń siostry.

Take obrzucił wzrokiem twierdzę, która miała być celem ich podróży. Przez chwilę rozważał, czy nie byłoby lepiej lądować na zewnątrz, ale po chwili odrzucił ten pomysł. Musieli się spieszyć, a nie wiadomo, czy straż twierdzy by ich wpuściła. Poza tym, nawet gdyby jakimś cudem nikt nie robił żadnych problemów, każde, nawet najmniejsze opóźnienie mogłoby mieć tragiczne konsekwencje. Musiał zaryzykować lądowanie na którymś dziedzińcu. W tym samym momencie zauważył na mniejszym z nich charakterystyczny rubinowy refleks światła. Czyżby jeden z kryształów Hitomi? Jeżeli tak, to może im się udać… Pod warunkiem, że Take da radę wylądować bezpiecznie.
Nawet w normalnych warunkach byłoby to ciężkie lądowanie. Otwarta przestrzeń była mała. Może trochę dłuższa niż sam Take. Może. Trochę. Jeżeli źle wyliczy odległość, jeżeli zacznie hamować za późno lub za wcześnie… Jeżeli w ostatniej chwili zawieje wiatr… Do wszystkich diabłów! Take wątpił, żeby jego ojciec, mający opinię mistrza lotów, był w stanie dokonać czegoś takiego bez problemów.
W tym samym momencie poczuł, jak Yoshiro dotyka jego umysłu poprzez łączącą ich więź.
„Nie martw się tak. Jesteś najlepszym lotnikiem swojego rodu. Dasz radę. Nawet, jeżeli inni by zawiedli.” Po chwili milczenia dodał „A gdyby nie było problemów, nie byłoby ciekawie, prawda?”
„Taaa, czym byłoby życie bez wyzwań?” odpowiedział smok.
„Nie wiem, ale chcę takie dwa.” odparł shinobi, powtarzając po raz kolejny ich stary dowcip.
Take uśmiechnął się. Yoshiro w niego wierzył. Zaufał mu, przywołując właśnie jego, a nie innego smoka. Wiedział, w jakim jest stanie, a mimo to zdecydował się zawierzyć mu swoje życie. Take wiedział, że nie zawiedzie tego zaufania. Za nic na świecie. Tym, czy którymkolwiek innym.
Lądowanie było jednym, wielkim, nieprzyjemnym wstrząsem. Najwyraźniej Hitomi wyczuła ich wystarczająco wcześnie, bo obok niej stało pięciu innych medyków. Gdy opadł pył, wzniecony zderzeniem smoka z podłożem, ci natychmiast skoczyli w stronę poszkodowanej dziewczyny.
Take potrząsnął głową. Za późno zaczął hamować. Zamiast eleganckiego lądowania, skończyło się gigantyczną glebą. Niech to diabli. Z trudem podniósł głowę i spojrzał na Yoshiro.
- Jeżeli nie masz nic przeciwko, ja stąd znikam.
- Poczekaj tylko, aż ją przeniesiemy. – shinobi kiwną głową.
Kiedy Yoshiro podniósł wzrok, dookoła stała już piątka medyków. Dwaj, z aktywnymi byakuganami, mieli już w dłoniach aktywne Płomienie, gotowe do wypalenia infekcji. Kiwnął głową, ustępując miejsca. Zgasił własny Płomień Chakry i zdjął technikę z oczu. Zauważył, że miejsce Itsuruko zajęła już następna para medyków, a ostatni trzyma w dłoni naładowany Kryształ chakry. Naruto (a może Kurama, ciężko powiedzieć) nie przerwał jednak transfuzji. W sumie, pomyślał, Kurama ma na tyle duże zasoby chakry, że dla niego transfuzja, czy nawet dziesięć nie są poważnym obciążeniem.
Tylko pod warunkiem, że nauczy się współpracować z dzieciakiem. Obaj są silni, ale razem mogą być znacznie silniejsi.
„Fakt. Ale teraz mamy inne sprawy do załatwienia. Chociaż muszę przyznać, że próba nauczenia tych dwóch, co to znaczy praca zespołowa, mogłaby być ciekawym wyzwaniem.”
Kusisz mnie. A co gorsza, nieźle ci to idzie.” Yoshiro mógłby przysiąc, że słyszy śmiech Togashiego.
„Cieszę się. A wracając do ważnych spraw… Zajmiesz się mną?”
Czyżbyś planował to, co myślę, że planujesz?
„Powiedzmy.”
A więc oczywiście.
Yoshiro pokiwał głową. Rozglądając się, wyciągnął kunai i naciął opuszki obu kciuków. Do tej techniki będzie potrzebował więcej krwi, niż do zwykłego przywołania. Gestem przywołał Itsu.
- Dasz radę… rozstawić… Barierę… Podtrzymania? – zapytał, jednocześnie kreśląc wewnątrz dłoni odpowiednie symbole. Musiał się spieszyć, już teraz czuł, że zbliża się do granicy wytrzymałości. Nawet mówienie przychodziło mu z trudem.
- Czy ty… Jasne. – Itsu nie dokończył pytania. Nie musiał. Wiedział, co oznacza ten wyraz twarzy przyjaciela. Yoshiro potrafił być cholernie uparty. – Jesteś pewien, że wystarczy ci chakry?
- Na… przywołanie… wezmę od… Togashiego. – zapytany skinął głową. – A później… No cóż, właśnie dlatego proszę cię o barierę.
- Jasne. Tylko daj mi chwilę. – Itsu rozejrzał się. Wszyscy zebrali się dookoła Hinaty. Ocenił, ile przestrzeni będzie potrzebne. Powinno wystarczyć… na styk. Machnął obiema rękami. Z rękawów wystrzeliły kunaie na cienkich niciach. Posłał chakrę wzdłuż nici, aktywując odpowiednie pieczęcie.
- Możesz zaczynać, Yoshi.
Ryuumaru skinął głową. Zawiązał kilka pieczęci, jednoczenie czerpiąc chakrę od Togashiego. Nawet w normalnych warunkach, wypoczęty, prawdopodobnie nie byłby w stanie wykonać tej techniki o własnych siłach. Z drugiej strony, gdyby nie był połączony z Togashim, nie musiałby jej wykonywać…
- Oni kuchiyose no jutsu!
Huk był znacznie głośniejszy niż podczas normalnego przywołania. Słup dymu też był znacznie większy, całkowicie zasłonił Togashiego. Zanim opadł, z wnętrza dał się słyszeć potężny, podobny do gromu głos.
- Henge no jutsu!
Z chmury dymu wyszła postać wyglądająca jak człowiek. Tego samego wzrostu i prawdopodobnie tej samej budowy. Nic więcej nie dało się powiedzieć z powodu okrywającego ją płaszcza. Itsu pokręcił głową. Rozumiał, że Togashi nie lubił prezentować się w swojej pełnej formie, ale po co jeszcze ten płaszcz? Potrząsnął głową. Nieważne. Odwrócił głowę i spojrzał na Yoshiro. Wciąż stał na nogach. Niewiarygodne. Skąd on brał tą siłę?

Satsu popatrzył na dziewczynę i z trudem powstrzymał się od skrzywienia. Zdawał sobie sprawę z właściwości leczniczych akupunktury, ale wciąż… Sam widok ciała najeżonego igłami przyprawiał go o dreszcze. Przysłuchiwał się medykom jednym uchem. Nagle poczuł, jak ktoś go stanowczo przesuwa. Odwrócił się lekko rozeźlony i w ostatniej chwili ugryzł się w język. Togashiego widział może z tuzin razy, ale zawsze był pod wielkim wrażeniem. Co on tu teraz robił?
Jakby w odpowiedzi, Togashi odsunął jednego z medyków i sam położył ręce na bezwładnym ciele. Hitomi, jako jedyna z grupy go rozpoznała i stanowczym ruchem ręki ucięła wszystkie protesty zanim jeszcze się zaczęły.
Togashi przez kilka minut milczał. Satsu nigdy nie miał ani ochoty, ani powodów by opanować byakugana, więc nie miał pojęcia co demon robił. Wiedział tylko, że nie było to nic złego.
- Czemu nie stosujesz zwykłych iglic? – zapytał, nie podnosząc wzroku.
Hitomi potrząsnęła głową. Zdawała sobie sprawę, że kryształy, których używała nie były normalnym wyborem, ale nie robiła tego bez powodu. – Dzięki tym mogę przekazywać porcje swojej chakry i lepiej stymulować meridiany.
Togashi skinął głową, na znak że zrozumiał. – Imponujące. Wiedziałem, że znasz się całkiem dobrze na sztuce W Krysztale Ukrycia, ale najwyraźniej nie wiedziałem jak bardzo.
Hitomi zarumieniła się. Pochlebstwa to jedno, ale pochwała od demona, w dodatku tak potężnego, to zupełnie co innego. Zanim zdążyła cokolwiek opowiedzieć, Togashi wstał.
- Wybaczcie, ale muszę już wracać.
Gdy demon zniknął, Satsu podszedł do siostry.
- Co z nią?
- Ciężko powiedzieć. Zrobiliśmy wszystko co się dało, ale zbyt wiele czasu upłynęło od momentu infekcji. Powiedziałabym, że już powinno być po niej. Nie wiem, jakim cudem przeżyła tak długo, ale jeżeli wytrzyma noc, to, moim zdaniem, będzie miała jakieś pięćdziesiąt procent szans na przeżycie.
- To niewiele… – Satsu skrzywił się.
- Owszem, ale nie damy rady zrobić nic więcej. Problem polega na tym, że nie mamy tu zbyt wiele osób z porządnym przeszkoleniem medycznym, a samurajowie – z całym szacunkiem – nie znają się na leczeniu czegoś takiego.
- Rozumiem. Czyli co dalej?
Hitomi wzruszyła ramionami. – Kiedy tylko wypalimy całą zainfekowaną chakrę, będzie można ją zostawić na obserwacji. Ja już swoje zrobiłam – wskazała kryształowe igły wbite w ciało dziewczyny – więc na razie możemy zająć się resztą spraw.
- Faktycznie. – Satsu rozejrzał się w poszukiwaniu przywódcy samurajów. Ze zdumieniem stwierdził, że Mifune stał tuż za nim. „Ciekawe, jak długo”, zastanowił się. – Mifune-sama. Obawiam się, że nie będę w stanie brać udziału w dalszych rozmowach, przynajmniej dopóki nie upewnię się że moi podwładni są bezpieczni. Muszę też dowiedzieć się, jakie wydarzenia doprowadziły do tego – szerokim gestem objął cały dziedziniec i wszystkich znajdujących się na nim. – Czy mógłbyś wyjaśnić sytuację czcigodnym Kage?
- Nie sądzę, żeby wyjaśnienia były konieczne. – Mifune wskazał na jedno z wyjść, gdzie stała cała piątka Kage razem ze swoimi eskortami. Hokage właśnie biegła w ich stronę. Satsu westchnął ciężko. Przygotował się mentalnie na długie wyjaśnienia…
W tym samym momencie Yoshiro stracił przytomność.

Kachiko poruszyła się. Siedziała od kilku godzin i zaczynała drętwieć. W miarę jak robiło się coraz ciemniej, jej cienie otaczały posterunek coraz gęstszą siecią. Żałowała, że nie może sięgnąć poprzez Zmrok i sprawdzić jak radzili sobie jej przyjaciele, ale albo nie było go w Trzecim Świecie, albo, co bardziej prawdopodobne, nie była do niego dostrojona. Westchnęła. To tak naprawdę nie miało znaczenia, przynajmniej na razie. Sięgnęła do kieszeni. Wisiorek na pierwszy rzut oka był zwyczajnym symbolem przynależności do Szóstego Oddziału Szturmowego. Mniej obeznani nie zauważyliby nawet tego – symbol szóstki był tak zatarty, że niemal niewidoczny. W rzeczy samej, był to normalny naszyjnik Szóstego. Jego niezwykłość nie brała się z tego, czym był, tylko skąd go miała. Dostała go od Yoshiro po pamiętnym pojedynku. Wtedy wszystko wyglądało inaczej. Wszystko było prostsze. Przyszłości nie skrywała mgła groźby, na wspomnienia nie rzucały się długie cienie. To nie tak, że było łatwo – do dziś pamiętała strach i ból, towarzyszące im podczas niezliczonych walk, jakie stoczyli jako Szósty Oddział Szturmowy – ale przynajmniej byli razem. Cała piątka. Yoshiro, z całym swoim urokiem łobuza i niezrównaną lojalnością względem przyjaciół, Itsu, ze swoim legendarnym wręcz opanowaniem i spokojem, Itsuruko, która regularnie wygrywała ze śmiercią walki o życie reszty z nich… No i on. Iwashi. Kachiko zacisnęła oczy. Wciąż czuła ból, gdy myślała o swoim przyjacielu, którego miała już nigdy nie zobaczyć. Jak mogło do tego dojść? Tamtego dnia wszyscy byli szczęśliwi, wręcz pijani radością z powodu zwycięstwa Yoshiro, wszystko wydawało się możliwe do osiągnięcia… Wtedy była pewna, nie, wiedziała, że Yoshiro zamierzał się oświadczyć. Zresztą, nie tylko ona – wszyscy to wiedzieli. Wszyscy na to czekali. Ale wtedy nadszedł tamten dzień. Dzień, w którym musieli stanąć pod Bramą Piekieł i walczyć. Po tamtej bitwie nic już nie było takie, jak wcześniej.
Wszystkie ich plany i nadzieje zginęły zaraz potem. Pamiętała aż za dobrze szok i niedowierzanie, gdy powoli docierało do nich, że stracili jednego z przyjaciół, który był z nimi od początku. Później już nic nie było takie jak powinno. Nawet oświadczyny Yoshiro wydawały się… nie na miejscu. Oczywiście, że je przyjęła. Ale przez te pięć lat, które minęły od tamtej pory nic się nie zmieniło, nie poszli dalej – jakby wciąż byli w żałobie po Iwashim.
Jeżeli w całym swoim życiu Kachiko się czegoś bała, to dwóch rzeczy – że któryś z jej przyjaciół, a zwłaszcza Yoshiro zginie, oraz tego, że nie uda im się odnaleźć tego, co ich kiedyś łączyło. Bo tego, że to zgubili, była pewna. Gdyby było inaczej, tamta dziewczyna nie byłaby ranna. Gdyby tylko działali ze swoją dawną efektywnością…
Usłyszała za plecami ciche kaszlnięcie. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć kto to. Wyczuła ją przez cienie kiedy tylko dziewczyna wyszła na korytarz wiodący na dziedziniec.
- O co chodzi, Karin? – zapytała, wciąż nie ruszając głową.
- Eee… Czy możemy porozmawiać?
- Oczywiście. – Kachiko kiwnęła głową i wskazała miejsce obok siebie. – Usiądź wygodnie. Rozumiem, że coś cię trapi?
- Kilka spraw. – przyznała rudowłosa, siadając. Odwróciła głowę w stronę kunoichi z rodu Aramoro. – Przede wszystkim… O w mordę!
Kachiko sklęła się w myślach za własny brak wyobraźni. Całkowicie zapomniała, jak nieprzyzwyczajeni potrafią zareagować na widok twarzy kogoś, kto połączył się z cieniami. Oczy wydawały się być pustymi otchłaniami mroku, z których wypływały strumyczki ciemności. Twarz stawała się kredowobiała i nabierała demonicznego wyrazu. Do tego dochodziło przerażające wrażenie obecności, które otaczało użytkownika mroku. Ogólnie rzecz ujmując – całość wyglądała dość przerażająco.
- Spokojnie. To tylko efekt uboczny mojej techniki. – nawet nie próbowała się uśmiechnąć. Pamiętała, jak jej przyjaciele zareagowali na grymas, który pojawił się na jej twarzy. Kto by pomyślał, że nawet Itsu się przestraszy…
- E-efekt uboczny? Jesteś pewna, że to nie jest technika do z-zastraszania?
- To sztuka cieni. Pozwala mi dokonać fuzji z mrokiem i kierować cieniami w okolicy. Będę wiedziała, jeżeli… – przerwała. Wyczuła nagłe poruszenie wśród cieni POZA strażnicą. Ktoś się zbliżał.
- Mamy towarzystwo. – wyszeptała Karin. Nadal nie wyglądała najlepiej, ale najwyraźniej szok nie wpłyną na jej zdolności wyczuwania chakry. Niezła była.
Kachiko pozwoliła sobie na złowrogi uśmiech. – To tylko gorzej dla nich. Nie wiem, kim są, ale nie wejdą tutaj. Nie bez mojej zgody.
Na zewnątrz, cienie ożyły, powoli wznosząc się nad mury niewielkiego garnizonu.

- … i tak to mniej więcej wygląda. – skończył Satsu. Rozejrzał się dookoła. Wyglądało na to, że pod wpływem wizyty Take i jego pasażerów, do piątki Kage zaczęło docierać, jak poważna była sytuacja. Całe szczęście.
- Mam rozumieć, że tych zbiegów jest więcej? – Raikage potrząsnął głową. – Ciężko sobie wyobrazić, że ktoś może mieć taką potęgę.
- Zupełnie, jakbyś sam nie kolekcjonował możliwie najpotężniejszych technik, co, Raikage? – Oonoki nie byłby sobą, gdyby nie wbił szpili. Satsu westchnął ciężko. Właśnie przez takie walki, mimo że zlot trwał od rana, nadal nie udało się nic ustalić. Wioski miały do siebie tyle pretensji, że niemożliwe było ustalenie kto zaczął, kto powinien kogo za co przeprosić, a kto komu podziękować. Gdyby mógł, walnąłby każdego z Kage tak mocno, jak tylko był w stanie, a później kazał zastanowić się. Ale nie mógł. I to wkurzało go najbardziej. Nagle poczuł, jak ktoś szarpie go za rękę. Odwrócił się i zobaczył swoją siostrę.
- O co chodzi, Hitomi? – warknął, ledwo trzymając nerwy na wodzy. Najwyraźniej to wyczuła, bo cofnęła się o krok. Ale zaraz potem uśmiechnęła się szeroko i wskazała niebo.
- Chyba wiem, jak możesz rozładować trochę napięcia, braciszku.
Spojrzenie Satsu podążyło za palcem siostry. Poczuł, jak na twarz wypełza mu uśmiech. Wyjątkowo wredny i złośliwy uśmiech.

- Ccccco to było? – z trudem wyjąkała Karin. Spędziła wiele czasu w różnych bazach Orochimaru i byle co nie było w stanie wytrącić jej z równowagi. Ale te… stworzenia… One definitywnie miały w sobie coś przerażającego.
- Pytasz o te stworzenia, czy o moje cienie? – zapytała Kachiko. Przez cały czas praktycznie się nie poruszyła.
- O te… stworzenia.
- To Gaki. – odparła pustym, wypranym z emocji głosem Kachiko. Zawsze tak było, gdy łączyła się z cieniami. – Jedne z pomniejszych demonów. Są słabe, ale stosunkowo zdolne. Często walczą w armiach jako coś w rodzaju bardziej elitarnego mięsa armatniego.
- Czyli… nie ma się czym martwić?
- Czy ja wiem… Przekładając ich demoniczną rangę na wasze stopnie shinobi, Gaki to mniej-więcej coś pomiędzy geninem a chuuninem… Tylko że zazwyczaj występują w grupach od dwudziestu wzwyż.
- Rozumiem. Ale nie mamy się czego obawiać, prawda? – zapytała Karin. – Znaczy… Już raz ich odparłaś, więc…
- Problem polega na tym, że kilku zdążyło uciec. Jeżeli przyjdą jeszcze raz, będą przygotowani do walki z cieniami. Potrzebuję wsparcia. – Spojrzała na Karin. – Przyprowadź tu Juugo i Suigetsu.
- Suigetsu? – Karin skrzywiła się. – Czemu właśnie on?
- Powodów jest kilka, najważniejsze, że on powinien sobie poradzić ze zwalczaniem tych potworków. A teraz leć!
Karin nie była zachwycona, ale pobiegła. Zdążyła się już zorientować, że największe szanse przetrwania dawało słuchanie się weteranki.

Satsu odskoczył, w ostatniej chwili unikając ciosu. Potrząsnął głową, starając się oczyścić oczy z krwi, którą ochlapał go poprzedni przeciwnik. Całe szczęście, że Hitomi była tuż za nim. Gdyby ktokolwiek chciał skorzystać z jego chwilowe oślepienia, musiałby przejść przez linię obrony jego siostry.
Musiał przyznać, że choć walka nie szła tak dobrze, jak by chciał, to sama możliwość odreagowania całej tej frustracji na wrogach była… odświeżająca.
- Jak to wygląda?
- Nie najgorzej. Wygląda na to, że samurajowie i ochrona Kage całkiem nieźle sobie radzi.
- Cóż, jakby nie patrzeć, to tylko Gaki…
- Możliwe, ale sporo ich.
- Jakby to kiedykolwiek było problemem. – Satsu skrzywił się. Faktycznie, nie spodziewał się, że ktokolwiek może rzucić do walki tak znaczne ilości pomniejszych demonów, zwłaszcza tutaj, w Trzecim Świecie. W pewnej chwili przyszła mu do głowy bardzo niepokojąca myśl… A w następnej musiał znowu unikać ciosu jednego z Gakich. Potrząsnął głową. Nie miał czasu na jałowe rozważania. Musiał jak najszybciej oczyścić ten dziedziniec. Problem polegał na tym, że kolejne hordy tych potworków w ciąż zeskakiwały z dachów. Nieważne. Na razie musieli skoncentrować się na ważniejszych sprawach. Rozejrzał się i szybko zlokalizował miejsce, gdzie Hokage i Mifune zebrali swoich podwładnych.
- Przebijamy się! – zawołał, wskazując siostrze kierunek. Hitomi, zbyt zajęta by odpowiedzieć, kiwnęła głową. Jej własny przeciwnik okazał się naprawdę dobry – już drugi raz udało mu się sparować cios kryształowego ostrza. Jak na Gaki – naprawdę imponujące. Tyle tylko, że na dłuższą metę bez znaczenia. W momencie, gdy drań zdołał uniknąć kolejnego ciosu, Satsu zmiótł mu głowę z barków czystym cięciem.
- Przebijamy się! – wrzasnął. – I to już!!!
Niestety, okazało się, że łatwiej było powiedzieć, niż wykonać. Przeciwnicy przytłoczyli ich samą masą.
- Nie uda nam się, braciszku. – Hitomi z trudem łapała oddech. Satsu z trudem powstrzymał się od rzucenia kilku przekleństw. Nie miał zbyt wielkiej ochoty znowu sięgać po zakazane techniki, ale z drugiej strony… Szlag, powinien był jednak wziąć więcej straży. Hitomi była bez wątpienia jedną z najsilniejszych wśród wszystkich Ryuumaru, ale niestety zawsze koncentrowała się na walce ze stosunkowo nielicznymi grupami napastników, albo wręcz jeden na jednego. Radość z możliwości odreagowania jakby trochę przygasła…
- Ej, dzieciaki, chyba nie tego was uczyłem, co?
Itsu. Jak zwykle, jego pojawienie się zapowiedziały wrzaski bólu i przerażenia wśród przeciwników. Sądząc po krwawej ścieżce, którą przybył, zadał napastnikom więcej szkód niż wszyscy pozostali razem wzięci. Nic zdumiewającego, ale jednak…
- Jazda. Dopóki tu stoicie, jesteście łatwymi celami. Ruchy, do cholery ciężkiej!
Więc pobiegli. Itsu był pierwszy – nic nie mogło go spowolnić, o zatrzymaniu nawet nie wspominając. Satsu pędził dwa kroki za nim. Żałował, że w przeciwieństwie do brata nigdy nie nauczył się stosować doujutsu. Że nie poświęcił czasu i energii na opanowanie byakugana. Że nie spędził więcej czasu na nauce walki. Potrząsnął głową. Jeżeli zaraz nie skupi się na walce, może nie zdążyć pożałować tego, że dał się rozproszyć.
Hitomi biegła na końcu, zasypując gradem kryształowych odłamków każdego na tyle głupiego, by się do nich zbliżyć. Satsu usłyszał, jak siostra mruczy pod nosem coś na temat nauczenia się w końcu tych cholernych technik o dużym obszarze działania. Skrzywił się. Hitomi składała taką obietnicę za każdym razem, gdy sprawy przybierały nieciekawy obrót. I za każdym razem, kiedy tylko zagrożenie przemijało, zapominała o tym. Przeklęty uparciuch.
Kiedy dotarli na miejsce, okazało się że do przywódczyni Konohy i samurajów dołączyła czwórka pozostałych Kage. Nie zmieniało to faktu, że byli w opłakanej sytuacji.
Itsu wyglądał kiepsko. Płaszcz był dosłownie posiekany i zwieszał się w strzępach. Spomiędzy szczątków prześwitywał metal. Jednak po nim samym nie było widać, że to już druga ciężka walka jaką toczy tego dnia. No, ale on był weteranem Oddziałów Szturmowych. Dla niego to pewnie nie kwalifikowało się nawet jako rozgrzewka…

Wbrew pozorom, Itsu był mocno zaniepokojony. Te Gaki były znacznie silniejsze i sprawniejsze, niż zazwyczaj. Co gorsza, wydawało się, że na razie się powstrzymują. To mogło oznaczać tylko jedno – na kogoś czekają. A ktokolwiek to był, Itsu wątpił, by był przyjaźnie nastawiony. Albo niezdolny do walki.
Obrzucił wzrokiem swoich towarzyszy. Potrzebował wsparcia…
- Ktoś z was jest sensorem?
Zgłosiło się trzech. Jeden z Kiri, z przepaską na oku, jeden z Kumo i jeden z Konohy, wysoki blondyn.
- Dobra. Chcę, żeby któryś z was przeskanował okolicę w poszukiwaniu przeciwników obdarzonych olbrzymią chakrą, ale starających się maskować swoją obecność.
Blondyn kiwnął głową. Zamknął oczy i zaczął działać.
- Dobra. Teraz tak – ataki obszarowe są zbyt ryzykowne. Z tego, co się orientuję, niewielkie grupy wciąż nie dały rady dołączyć. Potrzebujemy…
- Potrzebujecie oczyścić teren, nie?
Itsu odwrócił się, zdumiony. Yoshiro jakimś cudem zdołał wstać. Wyglądał mniej więcej tak źle, jak na zebraniu Rady Rodów. A może jeszcze gorzej.
- Nic nie mów. Wiem, jak wyglądam. Szczerze mówiąc, tak właśnie się czuję. Ale trzeba oczyścić teren, bo inaczej będzie ciężko.
Itsu stłumił westchnięcie. Formalnie był dowódcą reaktywowanego oddziału. Ale znał złotą zasadę: nigdy nie wydawaj rozkazu, o którym wiesz, że zostanie zignorowany. Toteż tym razem zacisnął zęby i nic nie powiedział. Yoshiro, kiedy chciał, potrafił być strasznie uparty. Zupełnie inna sprawa, że miał rację – nikt inny z obecnych nie znał odpowiednich technik. Gdyby tu była Kachiko. Albo Iwashi…
- Hokage-sama. Mam nadzieję, że zdołasz utrzymać mnie przy życiu. Bo obawiam się, że mój poziom chakry zaraz sięgnie dna. – z tymi słowami, Yoshiro zaczął zawiązywać pieczęcie.
- Bałwan. – Itsu z trudem stłumił chichot, słysząc komentarz swojej siostry. Miała rację. Gorzej, że Yoshiro też. No cóż, tak czy owak…
- Kiedy tylko ich osłonię, uderzajcie wszystkim, co macie. Nie dam rady podtrzymywać tego zbyt długo, więc się spieszcie. – z tymi słowami Yoshiro uwolnił technikę.
- W cieniu ukrycie. Sekretna sztuka mrokiem osłonięcia.
Itsu pokiwał głową. Najrozsądniejszy z dostępnych posunięć. Wszyscy ludzie zostaną za chwilę osłonięci cieniem, a wtedy…
Skontrolował stan pieczęci na rękach. Wyglądały na nienaruszone. Uśmiechnął się złowrogo.
- Już!
Wszyscy zareagowali jednocześnie. Strumienie piasku, błyskawice, fale, broń, wicher – w szeregi Gaki uderzyło praktycznie wszystko. Kiedy opadł pył, poza kilkoma grupkami samurajów dziedziniec był pusty. Udało im się.
Itsuruko jako jedna z nielicznych nie atakowała. Zamiast tego, gdy tylko widoczność się poprawiła, rozpostarła wokół twierdzy barierę.
Yoshiro pozwolił sobie na grymas, który miał być uśmiechem, ale nie miał wystarczająco dużo sił.
- Udało się.
- Owszem. Dzięki tobie. – Itsu kiwnął głową.
- Aha. Fajnie. To teraz, jak już nie jestem potrzebny, zemdleję sobie.
Itsu miał już wybuchnąć śmiechem, gdy blondyn-sensor otworzył szeroko oczy.
- Jest! Wcześniej nie mogłem go wykryć z powodu zakłóceń, jakie generowały te stwory.
- Super. Po prostu fantastycznie. Potrafisz ocenić jego siłę?
- Zupełnie jak… jak Dwuogoniasty! Ale to niemożliwe! Przecież Akatsuki go zapieczętowało!
Itsu wyczuł, jak Raikage sztywnieje. Nieważne. Pytanie brzmi, co dalej. Jeżeli Niibi zaatakuje, będzie ciekawie. Minęło już ładnych parę lat, odkąd ostatnio walczył z Bijuu. Zresztą, nawet kiedy był w najlepszej formie, wątpił, czy dałby radę pokonać takiego przeciwnika bez pomocy Byakko. A w tak zatłoczonej okolicy wolałby tego nie ryzykować.
- Oddala się. – Na te słowa sensora z Konohy wszyscy wypuścili powietrze.
Satsu rozejrzał się. Wyglądało na to, że Kage zaczynali rozumieć, z jakimi przeciwnikami przyjdzie im się zmierzyć. Teraz musi już tylko przekonać ich do współpracy.

Kachiko westchnęła ciężko. Zdążyła odwyknąć od pełnienia wart. Na szczęście napastnicy nie powrócili. Zapowiadała się długa noc – choć, sądząc po zaczepkach i docinkach, które wymieniali jej towarzysze, na pewno nie nudna – przemknęło jej przez głowę. Oparła się wygodniej o ścianę i zastanowiła co się dzieje u Yoshiro.

Tsunade spojrzała na swojego pacjenta. Wszystko wskazywało na to, że wyjdzie z tego. W tej chwili bardziej martwiła się o Hinatę. Jak zapewniali ją medycy Ryuumaru, jeżeli dziewczyna zdoła się obudzić do rana – choćby nawet na chwilę – to powinna przeżyć. Ale na razie nie można było nic zrobić. Westchnęła. To zawsze było dla niej najcięższe – poczucie bezradności. Wolała nawet nie myśleć, jak czuje się Naruto.

W sąsiednim pokoju, młody shinobi Konohy patrzył na nieruchomą twarz dziewczyny, która już drugi raz ocaliła mu życie. Zastanawiał się, czy będzie kiedykolwiek w stanie się jej odwdzięczyć. I po raz pierwszy w życiu naprawdę się bał. Bał się, że piękna kunoichi nie zdoła się obronić. Nie chciał o tym myśleć. Nie miał odwagi wyobrazić sobie co dalej. Nie wiedział, czy da radę żyć ze świadomością, że dziewczyna zginęła przez niego. Że żyłaby, gdyby nie było go tam.
- Hinata…
Praca własna Komentarzy: 0 12 Marzec 2013
Dodane przez: Gomeroth