Jeszcze jedna szansa
Kachiko rozejrzała się po korytarzu. Zawsze zdumiewało ja, jak szybko potrafi się wytworzyć zbiegowisko, zwłaszcza w miejscu gdzie całkowicie zablokuje to ruch. Cóż, korytarz przed salą w szpitalu zdecydowanie należał do takich wąskich gardeł. Całe szczęście, że samurajowie rozstępowali się przed Satsu, pozwalając im przejść.
- Szlag. Nie można na chwilę spuścić go z oczu, żeby nie wyciął jakiegoś numeru. – daimyo rodu Ryuumaru był zły. Baaardzo zły. Nie, żeby Kachiko go nie rozumiała – sama szczerze nie cierpiała spotkań ze swoim ojcem. A tym razem przeholował. Jasne, praw trzeba było przestrzegać. Przynajmniej, kiedy było się na szczycie. Ale w zaistniałej sytuacji…
- Kachiko! Jesteś tu jeszcze? – głos Satsu wyrwał ją z zamyślenia.
- Przepraszam. Myślałam o tamtej rozmowie…
- Nieważne. – machnął ręką, bagatelizując problem. – Posiedzenie Rady będzie za dwa dni, więc nic nie jest jeszcze przesądzone. A poza tym, większość nas popiera. Wyciągniemy go. Ale na razie, musimy skoncentrować się na tym, co się dzieje tutaj…
Miał rację. W końcu udało im się przedostać do sali będącej celem tłumu. W środku było mniej ludzi, co nie oznaczało, że była pusta. Piątka Kage, Mifune, dwóch czy trzech medyków, Naruto, niepozwalający się zbyć, Hitomi… Mało brakowało, a przegapiliby Yoshiro, siedzącego na stołku pod ścianą. Kachiko w pierwszej chwili poczuła ukłucie strachu, gdy spojrzała na jego wymęczoną twarz, ale gdy po chwili złapał jej wzrok i uśmiechnął się do niej, niepokój prysł. Nie wyglądał najlepiej, ale też nie było z nim tak źle, żeby wymagał opieki.
Uspokojona, zwróciła wzrok na wciąż nieprzytomną Hinatę. Dziewczynę wciąż spowijał kokon pomarańczowej chakry. Nie przyjął jeszcze kształtu demona, ale nie było wątpliwości, że pochodzi od Kuramy. Najwyraźniej tego właśnie dotyczyła zażarta dyskusja Kage. Kiedy przyszło jej to do głowy, Hokage podeszła do Satsu.
- Satsu-sama, czy możesz nam wyjaśnić co tu się dzieje? – gestem wskazała na otaczającą Hinatę chakrę. – Dlaczego jedna z moich shinobi, która, waszym zdaniem powinna być już martwa, nagle otacza się opończą Dziewięcioogoniastego?
- Tsunade-sama, – Satsu skrzywił się – na tą chwilę wiem tyle co ty. Podejrzewam, że mój brat mógłby udzielić dokładniejszych informacji, ale…
- Ano, mógłbym. Gdyby ktoś dał mi dojść do głosu. – Yoshiro wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Kachiko była gotowa założyć się, że specjalnie siedział cicho, żeby potem zrobić większe wrażenie.
Sądząc po minie Satsu, ten też tak sądził. – To co, powiesz nam, czy mamy umrzeć z niepewności? – zapytał sucho.
- Już tłumaczę. Ale radzę usiąść, bo to może chwilę potrwać. – Yoshiro zaczekał, aż Piątka Kage i Mifune zajmie miejsca, medycy wyjdą, a tłum się rozejdzie. Kontynuował. – Żeby wyjaśnić co się tu stało, będę musiał zacząć trochę naokoło… Bo nie sądzę, żeby ktoś tu znał się na teorii wchłaniania chakry? – nikt się nie sprzeciwił. Kachiko co prawda wiedziała, ale nie zamierzała się wyrywać. Yoshiro znacznie lepiej radził sobie z tłumaczeniem. – No dobrze. W takim razie… Jak zapewne wszyscy wiecie, chakra jest skuteczną bronią. Istnieją specjalne techniki, jak na przykład juuken, specjalizujące się w walce przy użyciu właśnie chakry. Generalnie rzecz ujmując – jeżeli chce się przekazać chakrę komuś nie szkodząc mu przy tym, konieczne jest zastosowanie specjalnej techniki. Na przykład Techniki Transfuzji.
- W normalnej sytuacji, gdy ktoś otrzyma taką zewnętrzną chakrę, jego organizm miesza ją ze swoją własną. – wtrąciła się Kachiko. -Taka mieszanka ma cechy obydwu chakr, ale z czasem, w miarę zużywania tej z zewnątrz, jej cechy stopniowo słabną, aż w końcu zanikają. Tak jest zazwyczaj.
- Ale nie tym razem? – Hokage wydawała się nadążać. Dobrze. Jako medyk, mogła skorzystać jeszcze z tej wiedzy.
- Nie tym razem. – zgodził się Yoshiro. – Czasami, dość rzadko, ale jednak, zdarzają się osoby, które są w stanie wzmocnić swoją chakrę, o ile mają kontakt z silniejszą. O ile dobrze pamiętam, tutaj również zdarzył się taki przypadek. Ginkaku i Kinkaku z Kumo, mam rację?
W Sali zapadła całkowita cisza. Sześcioro najpotężniejszych przywódców Trzeciego Świata w milczeniu rozmyślało o konsekwencjach słów Yoshiro. Hitomi stała nieporuszona, nie spuszczając oka z chakry Kuramy. Na szczęście był odwrócona plecami do pozostałych, więc nie musiała nawet próbować zachować nieprzeniknionego wyrazu twarzy. Naruto siedział obok Hinaty, nie zwracając uwagi na otoczenie. Tkwił tak od chwili, gdy dowiedział się, że dziewczyna wyzdrowieje.
Satsu bardzo starannie panował nad twarzą, podobnie zresztą jak Kachiko. Obydwoje zdawali sobie sprawę z tego, że Yoshiro właśnie wcisnął piątce Kage stek bzdur. Spojrzeli po sobie. O co tu chodziło?
- Jeżeli nikt nie ma nic przeciwko, chciałbym prosić o opuszczenie tej sali. Co prawda, życiu Hinaty już nic nie zagraża, ale im więcej spokoju będzie miała, tym szybciej dojdzie do siebie.
Gdy w pokoju pozostał już tylko Naruto i czwórka shinobi z Pierwszego Świata, Satsu posłał bratu mordercze spojrzenie.
- No dobra, Yoshi. Może wytłumaczysz nam wreszcie, o co tak naprawdę chodzi. Bo jeśli czegoś jestem pewien, to na pewno tego, że wcisnąłeś właśnie taki zestaw półprawd i niedomówień, że chyba trafisz do Rady.
- Spokojnie, wszystko w swoim czasie. Tak przy okazji – to, co mówiłem, to najszczersza prawda. Są ludzie zdolni do reabsorpcji… A przynajmniej byli. Zdaniem Togashiego. Natomiast tutaj – wskazał na Hinatę – mamy do czynienia z czymś z jednej strony znacznie prostszym, a z drugiej – o wiele bardziej skomplikowanym. Bo widzicie, Hinata, generalnie rzecz ujmując, stała się Ręką Kuramy. Nie wiem jakim cudem jej się to udało – dodał, uprzedzając pytania – ale tak jest. W jakiś dziwny sposób udało jej się instynktownie związać część demonicznej chakry i nawiązać połączenie.
Satsu potarł twarz. Powoli przestawał nadążać za tym, co się dzieje. – Coś takiego jest w ogóle możliwe? Nigdy nie słyszałem o czymś takim.
- Ja też nie. Ale Togashi owszem.
- Właśnie, Togashi. Czemu nie porozmawia z nami? Znowu jest zajęty?
- Nie może. – Yoshiro skrzywił się. – Nie wiem jak to możliwe, ale najwyraźniej tutaj, żeby się komunikować z otoczeniem potrzebuje otwartego Oka. A ja nie dam rady go znowu otworzyć.
- Znowu… Yoshiro! Otworzyłeś Lewe Oko Togashiego?! – Kachiko zerwała się na równe nogi. Nie wiedziała czy była bardziej przerażona, czy wściekła. Sądząc po wyrazie twarzy Yoshiro, wściekła. Ryuumaru powiedział kiedyś, że jedynym, czego się boi poza Togashim, to ona kiedy ma zły dzień.
- Idiota. – komentarz Satsu był suchy. Na szczęście wystarczył, by kunoichi Aramoro odzyskała zimną krew.
- Wrócimy do tej rozmowy. Mogę ci to obiecać, kochany. A teraz… Miałeś wytłumaczyć nam o co tu chodzi.
„Słowo daję, powinienem był poszukać jakiejś miłej, spokojnej dziewczyny, jak mój brat…” Yoshiro przezornie powstrzymał się od głośnego skomentowania sytuacji.
Wiesz równie dobrze jak ja, że wcale tak nie myślisz, młody. A teraz im wytłumacz resztę.
- Co jeszcze chcecie wiedzieć?
- Czemu ona wciąż jest nieprzytomna? – Yoshiro wzdrygnął się. Zapomniał o Naruto. Najwyraźniej blondyn nie był tak odcięty od świata, jak się wydawało.
- Już tłumaczę. To, co powoduje, że nadal śpi, to to samo, co uratowało jej życie. W normalnej sytuacji nie zdążylibyśmy dotrzeć tutaj na czas, by ją uratować. Okazuje się jednak, że Hinata cierpi na pewno bardzo rzadkie zwyrodnienie meridian. Pomijając wszystko inne, to cholerstwo znacznie spowalnia przepływ chakry. W tej sytuacji okazało się to zbawienne – Zgnilizna nie zdążyła się rozprzestrzenić.
- Czyli…
- Czyli, jak już mówiłem, wyjdzie z tego. Za góra dwa dni powinna się obudzić.
- Dwa dni? – Kachiko nie była w stanie ukryć sceptycyzmu. – Jeżeli ona cierpi na to, o czym myślę, to powinna spać nawet przez tydzień.
Yoshiro uśmiechnął się lekko. – Chakra Kuramy. – stwierdził, jakby to tłumaczyło wszystko. Widząc brak reakcji na otaczających go twarzach wyjaśnił. – Jinchuuriki Kuramy mają niezwykłe tempo regeneracji. W niemałym stopniu zawdzięczają je chakrze Lisa. Hinata obecnie korzysta z tych dobrodziejstw.
Satsu pokiwał głową. To by wiele tłumaczyło. Nadal miał kilka pytań do brata, ale one mogły poczekać. W tej chwili najważniejsze było przekonanie Rady.
- No dobrze. Skoro wszystko załatwione…
- Nie wszystko. – wtrącił Yoshiro. – Jeżeli to możliwe, chciałbym żeby Hitomi i Itsuruko przygotowały się do przeprowadzenia Oczyszczenia Meridian. Togashi zadeklarował pomoc. Nie mówię, że w tej chwili, – dodał, uprzedzając protesty – ale niech będą gotowe.
- Togashi zaoferował pomoc?! – Satsu zrobił wielkie oczy. – Jest coś, o czym nie wiem?
- Szczerze? Nie mam pojęcia. Sam nie jestem informowany na bieżąco. – Yoshiro wzruszył ramionami. – Mam przekazać ci jeszcze kilka rzeczy, ale to w cztery oczy. Dotyczy reakcji dwóch dość ważnych osobistości.
Satsu uniósł brew. Wyglądało na to, że jego brat wpadł na kogoś w Labiryntach…
- Dobra. Jeżeli czujesz się na siłach, to może przeniesiemy się do ciebie?
- Brzmi nieźle. Ale myślę, że przydałaby mi się pomocna dłoń… – zerknął na Kachiko. Dziewczyna pokręciła głową. – Wciąż mam ochotę cię rąbnąć. – westchnęła, podchodząc do niego.
- Mówisz tak tylko dlatego, że mnie kochasz. – Yoshiro wyszczerzył się.
- Kusisz los. – Kachiko odkryła że wbrew sobie też się uśmiecha. Po prostu nie potrafiła się na niego wściekać.
- Ej, może poczekajcie, aż znajdziecie się sami, dobra?
- Spadaj, braciszku.
- Co ja z wami mam… - Satsu pokręcił głową, zrezygnowany. Nagle przypomniał sobie o czymś. – Hitomi, zostaniesz tutaj?
- Nie ma sprawy. Dam wam znać, jak coś się zmieni. – skinęła głową, nie odwracając wzroku od Hinaty, wciąż spowitej chakrą lisa.
Yoshiro, z pomocą Kachiko, zdołał wstać i skierować się do drzwi. Satsu podążył za nimi.
Do sali wszedł ostatni i zamknął za sobą drzwi. – O co chodzi? – był nieco opryskliwy, ale zaczynało mu się spieszyć. Wystarczył mu jednak jeden rzut oka na poważną twarz brata, żeby zorientować się, że sprawa jest naprawdę ważna.
- Miałem interesującą rozmowę w Labiryncie. – Yoshiro zaczął bez wstępów. – ze Skorpionem i Upadłym. – Satsu wciągnął z wrażenia powietrze. Dwóch spośród Onigamich? – Wygląda na to, że cała ta sytuacja jest bardziej skomplikowana niż sądziliśmy. Żaden z nich nie miał nic wspólnego z tą ucieczką.
- Wierzysz im? – ton Satsu nie mógł być bardziej sceptyczny.
- Smok wierzy. – Yoshiro wzruszył ramionami. Daimyo ich Klanu miał irytujący zwyczaj wyrażania nieomylnych sądów. Satsu stwierdził, że w tej sytuacji lepiej będzie zaufać Smokowi.
- Co to dla nas oznacza? – zapytał.
- Przede wszystkim, Upadły zadeklarował że jego podwładni nie będą starali się przeniknąć tutaj. Chyba, że będziemy chcieli wsparcia. Podobnie Skorpion.
- Zaraz, zaraz, zaraz… Wsparcie? Co tu się do diabła dzieje?
- Wszystko wskazuje na to, że w grę zaangażowały się siły, których nie ogarniamy. Przy okazji – zbliża się zebranie Rady Klanów. A Smok zgodził się występować w imieniu Upadłego.
- Wydarzenia nabierają tempa… W tej sytuacji…
- W tej sytuacji zostajesz wyznaczony na prawą rękę daymio Klanu. – Yoshiro wszedł mu w słowo. – Masz prawo podejmować wszelkie decyzje. Odpowiadasz jedynie przed Smokiem i jego Wasalami. Smocza Rada właśnie straciła swoje uprawnienia. Do odwołania.
Satsu wstał. – W tej sytuacji trzeba zacząć działać. Kiedy zbiera się Rada Klanów?
- Niedługo. Dzień, dwa. Tyle czasu, ile będzie potrzeba żeby poinformować wszystkich.
- Doskonale. Daj mi znać, jak dowiesz się czegoś więcej. Skoro nie musimy obawiać się ataku na Bramy, trzeba przenieść wszystkich poza szkieletowymi załogami i ściągnąć ich tutaj. Trzeba ściągnąć weteranów… Dobra, mam już ogólne pojęcie. Dzięki za przekazanie wiadomości. Muszę zająć się organizowaniem tego wszystkiego. – wstał i skierował się do wyjścia. – Postaraj się jak najlepiej wypocząć, braciszku. Raczej nie będziesz miał kolejnej szansy.
- Satsu. – głos brata zatrzymał go tuż przed drzwiami. – Jedno pytanie. Czy połączymy siły z tutejszymi?
- Nie wiem. – z trudem powstrzymał grymas zniechęcenia. – Mamy zapewnione wsparcie Samurajów, wiele wskazuje też na to, że Konoha i Suna nas poprą. Ale nie wiem, co z pozostałymi.
- Szlag… No nic, musimy poradzić sobie z tym, co mamy.
- Jak zwykle. – Satsu skwitował niewesołą konkluzję krzywym uśmiechem i wyszedł.
Kiedy drzwi się zamknęły, Yoshiro spojrzał na Kachiko.
- Nadal się na mnie wściekasz?
- Nie odzywam się do ciebie. – odparła wyniosłym tonem. Z trudem utrzymywała poważny wyraz twarzy. Nigdy nie potrafiła żywić do niego urazy.
- Trudno. Pomóż mi wstać. – wyciągnął rękę. Kachiko zmarszczyła brwi, ale podeszła. Gdy tylko złapała go za rękę, szarpnął silnie. Straciła równowagę i wpadła na niego.
- Na pewno nie dasz się przekonać?
Pokręciła głową i objęła go. – Zamknij się i pocałuj mnie, gaduło.
Uśmiechnął się. Zamiast protestować, przytulił ją mocniej i spełnił jej polecenie.

Satsu potarł głowę. To wszystko działo się za szybko. Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że mają do czynienia ze zwykłą ucieczką więźniów, a teraz… Onigami szykowali się do wojny.
Usłyszał skrzyp zawiasów i odwrócił wzrok. Z sąsiedniego pokoju wyszła Hitomi. Posłał jej pytające spojrzenie.
- Wszystko w porządku. – potrząsnęła głową. – Opończa chakry opadła. Dziewczynie najwyraźniej nic nie grozi.
- Chociaż jedna dobra wiadomość. – odparł. Machnął ręką, wyrażając rezygnację. – Chodź. Mamy sporo do zrobienia.
- Coś się stało, kiedy mnie nie było? – zapytała podbiegając by go dogonić.
- Wyjaśnię po drodze.

Naruto z trudem utrzymywał oczy otwarte. Powoli zaczynały dopadać go efekty walk i braku snu. Czuł się, jakby jego głowa była jednym z kamiennych twarzy z Monumentu Hokage.
Nie pomożesz jej, jeżeli zejdziesz z wyczerpania, Naruto.
„Od kiedy to tak o mnie dbasz, Kurama?”
Nieważne.” Czyżby wyczuwał w jego głosie zakłopotanie? Chyba tak… ale z drugiej strony, był zbyt zmęczony, żeby mieć pewność. „Idź spać. Jeżeli zacznie się budzić, to ja obudzę ciebie.
Oferta była zbyt kusząca, by mógł protestować.
„Dobra. I… Kurama… Dziękuję.”
Lis prychnął. „Już mi dziękowałeś. I to kilka razy.
„Tak, ale teraz nie chodzi mi o tamtą transfu… coś tam. Dziękuję za to, że pomogłeś. Że uratowałeś Hinatę.”
Zanim Kurama zdążył wymyślić jakąś cyniczną odpowiedź, Naruto zapadł w głęboki sen.

- Satsu, jesteś pewien? To ryzykowne. – Hitomi nie potrafiła przestać się martwić. Owszem, formalnie wszystko było w porządku. Ale jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić jak ród Aramoro bez sprzeciwu zajmuje swoje miejsce w szeregu…
- Czy coś jest nie tak, Satsu-sama? – głos był miękki i miły. Aż za bardzo. Hitomi nie musiała się odwracać, by przekonać się do kogo należał. Aramoro Shoju.
- Shoju-sama. – ukłoniła się. Jak zwykle, zignorował ją.
- Satsu-sama. Obawiam się, że jestem zmuszony nalegać na wznowienie posiedzenia Rady.
- Shoju-san, niestety to niemożliwe. – Satsu nawet nie zwolnił kroku. – Decyzją Daimyo Klanu Smoka, uprawnienia Rady zostały zawieszone. Zostałem wyznaczony na Prawą Rękę Smoka.
Shoju, który właśnie ruszał za Satsu, stanął jak wryty. Hitomi z wielkim trudem stłumiła chichot. Możliwość zobaczenia, jak legendarny stoik zamiera pod wpływem szoku okazała się niespodziewaną, choć cenną premią. Jej brat zdążył streścić najważniejsze fakty.
Tymczasem Aramoro najwyraźniej otrząsnął się ze zdumienia i ruszył w ślad za Satsu.
- Jakie masz rozkazy dla rodu Aramoro, Satsu-sama?
- Pełna mobilizacja. Tak jak dla całego klanu. W Pierwszym Świecie pozostają jedynie podstawowe załogi twierdz i garnizony. Cała reszta zostaje przeniesiona tutaj.
- Oczywiście. Co z zabezpieczeniem Bram?
- Upadły i Skorpion zapewniają gotowość wsparcia. Smok im zaufał. W tej sytuacji postąpimy podobnie.
- Rozumiem. – Shoju skinął głową. Hitomi nie mogła wyjść ze zdumienia. Shoju nigdy nie był nawet częściowo tak skłonny do wykonywania poleceń. W tym momencie przypomniała sobie jedne z ostatnich słów swojego ojca. Były skierowane do Satsu, następcy, ale ona, jako ochroniarz brata, była na tyle blisko brata że również je słyszała.
„Shoju to niebezpieczny człowiek. Musisz trzymać go blisko. Pamiętaj, zaufać mu możesz tylko i wyłącznie wtedy, gdy dobro całego Klanu będzie zagrożone. Nie bez powodu Ród Mroku zajmuje się swoimi sztukami. Chronią klan i naszą misję, cenią ją bardziej niż własne dobro. Ale nie zapominaj o tym, że ich zdaniem to oni powinni rządzić.”
Wyglądało na to, że staruszek miał rację. Jak zwykle zresztą. Jakkolwiek Hitomi by się nie starała, do głowy przychodziła jej tylko jedna kwestia, w której ojciec się mylił. Sprawa Yoshiro. No cóż, nawet najlepsi miewali gorsze chwile. Oby to nie była gorsza chwila Smoka, przemknęło jej przez głowę.
Zdała sobie sprawę, że została w tyle. Potrząsnęła głową, żeby pozbyć się rozpraszających myśli i podbiegła, by dołączyć do brata i daimyo rodu Aramoro.

Słońce już zachodziło, gdy Kachiko otworzyła oczy. Było jej tak dobrze, że wcale nie miała ochoty się ruszać. „Gdyby tylko Yoshiro nie był tak beznadziejnie staroświecki”, przyszło jej do słowy. No cóż, nie można mieć wszystkiego.
Rozejrzała się po pokoju. Yoshiro nie było. W pierwszej chwili wpadła w lekki popłoch. Satsu kazał jej go pilnować. A tu nagle okazuje się, że wystarczy kilka chwil żeby się zapomniała, zasnęła, a jej podopieczny zniknął.
Po chwili paniki zauważyła notatkę na krześle. Wyglądała na skreśloną w pośpiechu, a bazgroły mogły wyjść tylko i wyłącznie spod ręki Yoshiro. Wstała z łóżka i podniosła kartkę.
„Wyszedłem poćwiczyć. Chciałem cię obudzić, ale wyglądasz przecudnie, kiedy śpisz. Obiecuję, że się nie przemęczę.”
Zmięła kartkę nie wiedząc czy powinna się śmiać czy złościć. Z jednej strony, wciąż nie doszedł do siebie. Powinien być bardziej ostrożny. Z drugiej… To był Yoshiro. Człowiek, który wracał do zdrowia w tempie przechodzącym wszelkie wyobrażenia.
Wciąż niezdecydowana wyszła z pokoju.

Naruto zamrugał. W pierwszej chwili nie mógł zorientować się co go obudziło. Dopiero gdy się rozejrzał zdał sobie sprawę z tego, że w oczy musiał mu błysnąć jeden z ostatnich promieni słońca.
Ziewnął. Czuł się już lepiej niż rano, ale nadal miał wrażenie, że mógłby przespać kilka dni. W normalnych warunkach nawet nie pomyślałby o wstaniu… No, chyba że w celu sięgnięcia po miskę ramenu. Cóż… To nie były normalne warunki.
Kiedy podniósł wzrok, napotkał spojrzenie lawendowych oczu, o którym tak marzył. Hinata się obudziła. Siedział jak sparaliżowany, nie wiedząc co powiedzieć.
- N-Naruto-kun? – najwyraźniej ona również nie była pewna.
Słysząc to, Naruto poczuł, jak coś w nim pęka. Cała niepewność, która go do tej pory powstrzymywała, zniknęła. Wstał i podszedł do szpitalnego łóżka.
- Hinata-chan… – urwał. Nie miał najmniejszego pojęcia co powiedzieć. Mógł tylko stać i patrzeć w te oczy… I wymyślać sobie, że wcześniej nie potrafił nic dostrzec. A mawiają, że głupota nie boli…
- Naruto-kun… Ja…
- Nic nie mów. Wiem. – Faktycznie, w jakiś sposób wiedział. Rozumiał, co chciała powiedzieć. Czuł to samo zagubienie wśród własnych myśli, miał to samo wrażenie nierealności i zagubienia. W tej chwili jedyne, czego mógł być pewnym, to to, że zależało mu na niej bardziej niż na kimkolwiek innym.
Widział w jej oczach, że ona też zrozumiała.
Uśmiechnął się. Słowa nie były potrzebne.

Kachiko zaczynała się denerwować coraz bardziej. Nigdzie nie mogła znaleźć tego bałwana. Z każdą mijającą chwilą robiła się coraz bardziej wściekła. Ten kretyn zapłaci za to, i to drogo.
Kiedy tak rozmyślała, wpadła na Itsuruko, wychodzącą zza rogu.
- Kachi! Coś nie tak?
- Powiedzmy… Yoshiro gdzieś zniknął.
- Ach. – Itsuruko uśmiechnęła się domyślnie. – I pewnie to ty miałaś go pilnować?
- Owszem. Satsu zrobi mi awanturę.
- Nie sądzę. – roześmiała się. Kiwnęła głową, wskazując kierunek z którego właśnie nadeszła. – Chodź, pokażę ci.
Kachiko, lekko zdziwiona, podążyła za przyjaciółką.
Itsuruko zaprowadziła ją na jeden z mniejszych dziedzińców, wciśnięty pomiędzy zewnętrzny mur i jakieś gospodarcze zabudowania na tyłach szpitala. Tam go zobaczyła.
Tak jak napisał jej w notatce, trenował. Szkoda, że zapomniał dopisać, że cały ten trening to tylko kata. Nie martwiłaby się tak bardzo.
Z powodu muru zasłaniającego słońce, dziedziniec był skąpany w cieniu, mimo że dzień jeszcze trwał. Jedynie nad szczytem muru prześlizgiwały się promienie, barwiąc ściany otaczających budynków w barwy płomieni. W tej scenerii Yoshiro, nagi do pasa, wyglądał jakby był nie na miejscu. Nie miał może aż tylu blizn co Itsu, ale zdecydowanie nosił ślady po stoczonych walkach. Całe szczęście, że nie uwidoczniły się żadne pieczęcie. Kachiko pamiętała, że kiedyś, podczas walk aktywowały się niemal wszystkie. Wtedy spod plątaniny pajęczych wzorów nie było widać nawet kawałka skóry.
Kachiko usłyszała cichy chichot przyjaciółki. Uśmiechnęła się. Kiedyś, wydawać by się mogło, w innym życiu, zaczynali w ten sposób każdy ranek. Itsu, Yoshiro i Iwashi trenowali kata, a one siedziały i przyglądały się im z zachwytem. Zazwyczaj po pewnym czasie ostatecznie dawały się namówić i dołączały do nich. Cała piątka poruszała się wtedy jak jedno – idealna współpraca ludzi, którzy zdawali się nie mieć nic wspólnego. To dzięki temu udało im się opracować bitwowięź.
- No proszę, proszę. Nie sądziłem, że znowu to zobaczę. – Itsu stał za nimi, opierając się o mur. Z powodu kaptura nie było widać jego twarzy, ale w głosie można było wyraźnie usłyszeć rozbawienie. O ile się wiedziało, czego szukać.
Yoshiro zamarł. Rozejrzał się i chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że nie jest sam. Kolejny dowód na to, że nie był w formie – zazwyczaj był czujniejszy od sensora cierpiącego na paranoję. Odwrócił się powoli w stronę przyjaciół.
- Itsu, Itsuruko… Fajnie was widzieć.
- Cześć, Yoshi. Będziesz miał coś przeciwko, jeżeli dołączę?
- Wcale, blaszaku. – Yoshiro wyszczerzył się w uśmiechu.
- Jak za dawnych lat, eh?
W tym momencie Itsu zdał sobie sprawę z tego, co powiedział. Zmełł w zębach przekleństwo. Powinien był pomyśleć, zanim coś walnął…
- Co takie smutne miny? – dobiegło ich od strony szpitala. Kiedy się odwrócili, zobaczyli przeraźliwie wręcz zadowolonego z siebie Satsu, oraz stojącą kilka kroków za nim Hitomi. Też wyglądała jak kot, który opił się śmietanki.
- Cześć, braciszku. Co jest?
- Mam dla was wiadomość. Na dwa dni wracacie do Pierwszego Świata.
- Można wiedzieć po co? – Itsuruko pokręciła sceptycznie głową. – Yoshiro wciąż nie jest w najlepszej formie, a poza tym… – wzruszyła ramionami – mam wrażenie, że tu jesteśmy bardziej potrzebni.
- Owszem, jesteście. Ale nie sądzę, żeby dwudniowa nieobecność cokolwiek zmieniła. Poza tym, jestem gotów się założyć, że nie chcecie przegapić tej wycieczki.
- Wykrztusisz to z siebie, czy mamy umrzeć z niecierpliwości?
O ile to było w ogóle możliwe, Satsu uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Musicie odebrać Iwashiego.
Minęła chwila, zanim ta wiadomość do nich dotarła. Przez pewien czas po prostu ją przetrawiali w milczeniu. I nagle, jednocześnie, wszyscy zareagowali.
Yoshiro osunął się po ścianie, przy której stał na ziemię. Kachiko podeszła do niego i objęła go. Itsu… No cóż, po nim nie było nic widać. Za to jego siostra…
Itsuruko podeszła wolnym krokiem do Satsu. Bała się. Bała się, że to wszystko jakiś głupi dowcip. Wystarczyło jednak, że spojrzała Satsu w oczy. Przekonała się, że jest poważny. To było dla niej zbyt wiele. Upadłaby, gdyby nie pomoc Satsu.
Zgodnie z odwiecznymi prawami złośliwości, które rządzą światem, w tej właśnie chwili na dziedziniec wpadło dwóch medyków.
Hitomi zatrzymała ich zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć.
- Co się dzieje?
- Sprawa najwyższej wagi! Szukamy Raizuki Itsuruko!
- Zajęta. – warknęła Hitomi. – O co chodzi?
- Eeee…
- Wykrztuśże to z siebie, człowieku! – Nie miała cierpliwości do bezsensownej gadki.
- Hyuuga Hinata obudziła się. Jej stan jest stabilny, a chakra Kuramy jest uśpiona.
- Doskonale. – kiwnęła głową. – Za chwilę kogoś wyślemy.
- Ale… ktoś powinien…
- Możliwe. – ucięła. – Wyślemy kogoś. – powtórzyła, nie patrząc na medyka. Ten najwyraźniej zrozumiał aluzję. Skłonił się nisko i wycofał.
Tymczasem czwórka shinobi wciąż nie mogła uwierzyć, że już wkrótce ponownie spotkają swojego przyjaciela. Hitomi uśmiechnęła się. Ona również tęskniła za Mistrzem Genjutsu o prawdziwie czarującym spojrzeniu, ciętym języku… oraz olbrzymiej słabością do piękniejszej płci. Zresztą, całkowicie odwzajemnionym. Strasznie zazdrościła Itsuruko.

Każdy, kto kiedyś leżał w szpitalu doskonale zna dźwięki, które temu towarzyszą. Ciche popiskiwania medycznej aparatury, stłumione odgłosy kroków na korytarzu, przyciszony szmer rozmów… Wszystko to składa się na niezwykłą, niepowtarzalną atmosferę miejsca w którym toczy się walka o życie ludzi.
Naruto spędził tyle czasu w szpitalach, że te wszystkie dźwięki były dla niego naturalne. Przywykł do nich na tyle, że instynktownie wyłapywał wszystkie odstępstwa od normy. Tak jak teraz: wyłapał odgłosy grupy zbliżającej się do pokoju Hinaty.
Podniósł głowę gdy usłyszał odgłos otwieranych drzwi. Do pokoju weszły Tsunade, Shizune i dwójka kunoichi które pomagały wcześniej. Kiwnął im głową. – Tsunade-baa-chan? Coś nie tak?
- Co z nią?
Wzruszył ramionami. – Obudziła się. Zasnęła z powrotem. Wygląda lepiej.
Tsunade pokiwała głową. Choć za nic w świecie by się nie przyznała, martwiła się o Naruto co najmniej tak samo jak o Hinatę. Zanotowała w pamięci, żeby zapytać tego całego Yoshiro o technikę której użył aby wyrwać chłopaka ze stuporu.
- Nie zrozum mnie źle, Naruto-kun, ale musimy zbadać Hinatę, więc chyba powinieneś wyjść. – Shizune wyglądała na lekko zaniepokojoną. Nic dziwnego – słyszała, że blondyn już kilkukrotnie sięgnął po chakrę lisa. Pamiętała, do czego zdolny był Kyuubi.
Naruto skinął głową.
-Będę czekał na zewnątrz.

Bywały takie dni, że Yoritomo szczerze nienawidził swojej pracy– szczególnie wtedy, gdy miał pilnować tych nielicznych osadzonych, którzy jego zdaniem nie zasłużyli na trafienie do Piekła.
Nagłe poruszenie w korytarzu wyrwało go z zadumy. Ktoś nadchodził. Instynktownie wyostrzył wszystkie zmysły. Wątpił, aby to było coś niebezpiecznego. Niemniej, nikt nie mógł odwiedzać osadzonych w Piekle.
Zza zakrętu korytarza wyszły cztery postacie. Charakterystyczne sylwetki skryte w płaszczach mówiły wyraźnie – członkowie lub weterani którejś z formacji frontowych. Kiedy podeszli bliżej, zauważył kryształowe naszyjniki – oznaki przynależności do Oddziałów Szturmowych. Weterani. Teraz, kiedy widział ich dokładniej, miał pewność – ich płaszcze nie miały typowej, burej barwy czynnych wojowników. Weterani.
W tej samej chwili Yoritomo ich rozpoznał. Osławiony Szósty Oddział Szturmowy – jedyny, który zakończył służbę w pełnym początkowym składzie osobowym. Chodzące legendy. Przełknął ślinę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że w razie starcia nie miałby najmniejszych szans w walce z którymkolwiek z nich – a co dopiero z całą czwórką.
Jego zdenerwowanie musiało być widoczne. Mistrzyni Medyczna podniosła dłoń w uspokajającym geście. Mistrz Taijutsu wyciągnął w jego stronę dłoń ze zwojem. Yoritomo przyjął go i rozwinął.
W miarę czytania rozumiał coraz mniej. Rozkazy były jasne – miał otworzyć celę, zdjąć pieczęci z więźnia i go wypuścić. Podpis naczelnika był autentyczny – zbyt wiele razy odczytywał chakralną sygnaturę, by jej nie rozpoznać. Nie nosiła żadnych śladów genjutsu, choć można było wyłapać drobny ślad wściekłości. To samo w sobie nic jednak nie znaczyło – naczelnik był prawdziwym cholerykiem, wściekającym się z byle powodu. Lub bez powodu.
Nie, Yoritomo nie miał żadnych powodów sądzić, by nakaz zwolnienia był podrobiony bądź wymuszony. Po prostu… nigdy, od trzydziestu lat które tu spędził jako strażnik, nigdy nawet nie słyszał o tym, aby z Piekła wypuszczono kogokolwiek.
Rozkaz był jednak jasny. A wykonanie go było zdecydowanie najprzyjemniejszą rzeczą jaka spotkała Yoritomo odkąd wstąpił na służbę.
Gdy wszedł do celi, czwórka weteranów pozostała na zewnątrz. Wyraźnie obawiali się czegoś. Nie widzieli przyjaciela od pięciu lat. On spędził je tkwiąc w celi. Oni nie. Nie mieli najmniejszego pojęcia, jak powinni postąpić.
Po krótkiej chwili, Iwashi wyszedł z celi. Wspierał się na strażniku – od momentu uwięzienia siedział spętany i unieruchomiony pieczęciami. Choć w teorii jego organizm nie zauważył upływu czasu, mimo wszystko musiała minąć dłuższa chwila aby na nowo przywykł do poruszania się.
Z trudem, powłócząc nogami, przekroczył próg celi. Boleśnie wręcz powolnym ruchem podniósł głowę i spojrzał na przyjaciół. Nie zmienił się ani trochę – Pieczęcie Wstrzymania okazały się niewiarygodnie wręcz skuteczne. Nawet kilka drobnych skaleczeń, które pozostały mu po Bitwie pod Bramą Piekieł nadal było na wpół zaleczone.
Trzeba było wiedzieć jak patrzeć i czego szukać, aby zauważyć zmiany. Uśmiech, który powoli wypłynął mu na usta był wyraźnie wymuszony. Energia, która kiedyś wręcz z niego promieniowała, gdzieś zniknęła. Stracił całą sprężystość ruchów – która nie znikała nigdy, nawet gdy wstawał ze szpitalnego łóżka po miesiącu rekonwalescencji. Jednak tym, co naprawdę przykuło ich uwagę, były oczy. Były przygaszone i wydawały się martwe.
Zaobserwowali to wszystko w mgnieniu oka. Zaraz potem Iwashi wyprostował się, uśmiechnął szerzej i zadał swoje ulubione pytanie.
- Gdzie wyście imprezowali, że mnie zgubiliście?
Z szerokim, teraz już całkowicie naturalnym uśmiechem podszedł, aby ich uściskać. Usłyszeli, jak nuci pod nosem.
- Oto jesteśmy, urodzeni by być królami, prawdziwi książęta wszechświata. To tu należymy, walcząc o przetrwanie z najmroczniejszymi siłami świata…
Iwashi wrócił. Szósty Oddział Szturmowy dostał drugą szansę.
Praca własna Komentarzy: 3 15 Marzec 2013
Dodane przez: Gomeroth
  • liverix
    liverix

    Hehe :)

  • Gomeroth
    Gomeroth

    Jak najbardziej. Oklaski!

    Możesz się ze mną zgadzać lub nie. Ale nie próbuj mówić mi, co mam myśleć.
  • liverix
    liverix

    Queen - Princes Of The Universe. Czy to prawidłowy tytuł ?