Dzisiaj będzie o mieczach.

Jak poprzednio, zanim zacznę chcę podać główne źródła informacji, na których opierałem się pisząc ten artykuł.

Sztuki i sporty walki dalekiego wschodu Jerzego Miłkowskiego - pozycja już wspominana na łamach Senpuu.net, tym razem powraca, aby powiedzieć nam co nieco o procesie wykuwania mieczy oraz by przybliżyć nieco tematykę kenjutsu.

The book of Five Rings Miyamoto Musashiego – zarówno książki, jak i autora chyba nie trzeba przedstawiać – kiedy kilka lat temu szukałem informacji o samurajach i kenjutsu ta pozycja przewijała się prawie wszędzie. Klasyk. Znakomicie prezentuje ducha samuraja z Ery Tokugawa. Co prawda o samych mieczach jest jakby niewiele, ale do dzisiaj nie znalazłem lepszej książki na temat szermierki japońskiej.

Warto też zajrzeć do mangi Usagi Yojimbo, która aż roi się od ciekawostek i faktów o życiu w Japonii ery szogunatu.

No dobrze, wiadomo już po co sięgnąć, jeżeli chce się samemu dowiedzieć więcej, to teraz pora napisać coś bardziej konkretnego.

  

Kim byli samurajowie, jaka była ich historia – to wszystko znajdziecie w artykule Bustera. Pozwolę więc sobie Was tam odesłać, a samemu skoncentruję się na kwestiach związanych z ich mieczami. Opowiem o elementach etykiety, dodam co nieco o procesie wykuwania. Wiem, że o tym ostatnim już było, ale myślę że mam nieco bardziej dokładne materiały niż Buster, więc pozwoliłem sobie powrócić do tego tematu. Następnie trochę o kenjutsu. I o szermierzach.

No, to po kolei…

Miecz, jaki jest, każdy widzi.

Jestem gotów się założyć, że większości z nas na słowo „samuraj” automatycznie dochodzi do skojarzenia „katana”. Przynajmniej u mnie tak się dzieje…

Samurajskie miecze występowały jako para. Katana, dłuższy miecz i wakizashi, czyli krótszy miecz, razem stanowiły daisho. Jedynie samurajowie mieli prawo je nosić. Co ciekawe, daisho było integralną częścią ubioru na oficjalne uroczystości. Warto tu powiedzieć kilka słów o wspomnianym przez Bustera tachi. Był to długi (mniej więcej 120 cm) miecz, lekko zakrzywiony, który w przeciwieństwie do daisho, zatykanego za pas, był noszony w pochwie zawieszonej na taśmie. Tachi to określenie na całą rodzinę ceremonialnych mieczy. Noszono je przy okazji świąt i uroczystości – przy świętach państwowych były to hejo-no-tachi, a przy religijnych – gijo-no-tachi.

Daisho, jak już wspomniałem, noszono zatknięte za pas, z ostrzem skierowanym w górę, co umożliwiało zadanie ciosu jednocześnie z dobyciem go. Istniała nawet specjalna umiejętność uderzania dobywanym mieczem. Składało się na nią kilkadziesiąt technik, a nazywała się iai-do. Była zresztą wspominana w Naruto

Jak to jest zrobione?

Wielokrotnie zetknąłem się z opinią, że katana to „najlepsze miecze świata”. Jest to opinia, nie fakt, w dodatku wcale nie do końca uzasadniona. Warto przede wszystkim pamiętać, że katana katanie nierówna. Najlepsze, zdaniem specjalistów, są miecze z okresu Heian, produkowane w prowincjach Bizen i Yamashira oraz wykonane przez mistrza płatnerskiego Muramasę z epoki Kamakura.

I o ile faktycznie sam proces wykuwania stał w Japonii na bardzo wysokim poziomie, to niestety, ale produkcja stali jako takiej była dość prymitywna. Zamiast pracować nad wytrzymałymi, lekkimi stopami, płatnerze łączyli ze sobą kawałki niskowęglowej stali i żeliwa o wysokiej zawartości węgla. Gdyby tylko mieli dostęp do wyrobów indyjskich mistrzów, katany zdecydowanie byłyby najlepszymi mieczami świata.

Daisho były niezwykle kosztowne. Zresztą tak było wszędzie – w średniowiecznej Europie broń i zbroja potrafiły kosztować tyle co kilka wiosek.

Nie zawsze miecze były kupowane. Niekiedy organizowane były konkursy szermiercze, w których brali udział przedstawiciele różnych szkół, gdzie nagrodą była właśnie para mieczy. Zazwyczaj sponsorem tak cennej nagrody był daimyo, który wyszukiwał w ten sposób ludzi godnych wstąpienia na swoją służbę.

Niekiedy zaś wojownik dziedziczył miecz po swoich przodkach. Takie daisho było podwójnie cenne, bowiem zawierało w sobie okruchy duchów poprzednich właścicieli.

A teraz co nieco o produkcji mieczy. Oddaję więc głos panu Miłkowskiemu: przed Wami fragment jego książki poświęcony właśnie wykuwaniu mieczy.

Technologia produkcji znana jest nam zaledwie w ogólnym zarysie i to tylko dzięki współczesnym płatnerzom, ponieważ dawniej tajemnice zawodowe były zazdrośnie strzeżone. Dodatkowo komplikuje sprawę fakt, że broń wytwarzano nie tyle według drobiazgowo określonego przepisu, co raczej na podstawie mistrzowskiego „wyczucia” kluczowych etapów pracy. Z tego powodu właściwości starych mieczy, nawet wykonanych w jednym warsztacie, różnią się bardzo znacznie i trudno byłoby znaleźć dwie identyczne sztuki broni. Temperatura wody użytej do hartowania, warunki meteorologiczne w danym dniu, drobne różnice domieszek w stali stanowią często o niepowtarzalności poszczególnych egzemplarzy (…).

Do wytworzenia miecza potrzebne było miękkie żelazo z minimalną zawartością węgla i okruchy żeliwa z dużą zawartością węgla. Powtarzający się kilkadziesiąt razy proces zgrzewania tych elementów w żarze węgla drzewnego i przekuwania pozwalał na uzyskanie bardzo twardej stali węglowej. Otrzymany produkt formowano w kształt długiego korytka o przekroju odpowiadającym literze V, do środka wsuwano pręt z miękkiego żelaza (aby nadać mieczowi sprężystość – przyp. Gomeroth), jeszcze raz stapiano i przekuwano. Pożądaną formę i długość klingi kształtowano młotem. Nierówności gładzono skrobakami, a potem pilnikami o drobnym ziarnie. Wreszcie wiercono w rączce otwór nitowy.

Potem następowała najbardziej krytyczna część całego procesu produkcyjnego – hartowanie ostrza. Podobnie jak przed rozpoczęciem procesu kucia, właściwe czynności poprzedzał skomplikowany ceremoniał – oczyszczenie ciała, przebranie się w świąteczne szaty. Racjonalnym jądrem tego ceremoniału była głęboka koncentracja – drobny błąd mógł bowiem zniweczyć efekty wielotygodniowej, ciężkiej pracy.

Klingę oblepiano masą złożoną z gliny, piachu i pudru z węgla drzewnego. Ostro zatemperowanym bambusowym patyczkiem kreślono na ostrzu linię hartowania (hamon), której kształt i wygląd miał istotne znaczenie dla oceny wartości miecza. Poniżej tej linii masę oblepiającą ostrze odrzucano. Klingę rozgrzewano teraz do temperatury, którą płatnerz rozpoznawał po barwie ostrza odpowiadającej „kolorowi księżyca w czerwcu lub lipcu”. Potem hartowano w wodzie o temperaturze „lutowego lub sierpniowego strumienia”.

Rękojeść sygnowano nazwiskiem i tytułem płatnerza, nazwą miejscowości, w której broń wykonano oraz nazwiskiem zleceniodawcy lub nazwą świątyni, na zamówienie której wykonano broń. Następna, bardzo trudna część pracy należała do szlifierza. Tradycyjnie używał on dziewięciu kamieni szlifierskich o coraz drobniejszym ziarnie. Polerował tuż nad lustrem wody, aby odpadające zanieczyszczenia nie dostały się powtórnie pomiędzy kamień a broń. Do procesu wykańczającego używano najdrobniejszych pudrów z kamieni, również kamieni półszlachetnych. Tej części pracy nie wolno było wykonywać pospiesznie.

Pod tym adresem można zobaczyć jak wygląda proces wykuwania mieczy

Tyle, jeśli chodzi o książkę. Warto wspomnieć jeszcze o kilku detalach wykończenia miecza:

  • Okładki rękojeści wycinano z drzewa mahoniowego. Aby nie ślizgała się w ręce, pokrywano ją skórą rekina lub rai. Następnie całość oplatano jedwabną taśmą tak, że skórę widać było tylko prze romboidalne prześwity. Zwiększało to komfort chwytu, nie pogarszając go. Okładki do rękojeści mocował bambusowy kołek, którego końcówki zdobiono maleńkimi, precyzyjnie rzeźbionymi guzami (menuki).
  • Pochwa miecza (saya) wykonana była z drewna magnolii. Materiał był bardzo starannie dobierany i sezonowany przez wiele lat nim w końcu zostawał uznany za wart bycia pokrowcem miecza. Poza mufką żadna część miecza nie miała prawa bezpośrednio dotykać ścianek saya.
  • Wspomniana mufka, czyli habaki, była nasuwana na rączkę i miała za zadanie zapobiegać wysuwaniu się miecza z pochwy oraz nie dopuścić żadnych zanieczyszczeń do wnętrza saya.
  • Garda (tsuba) miała zazwyczaj okrągły (lub zbliżony do okrągłego) kształt. Na ostrzu mocowały ją dwa krążki z mosiężnej blachy, dodatkowo pozłacanej lub posrebrzanej. Krążki nazywały się seppa. Tsuba miała dodatkowe otwory, przez które przechodziły tzw. nóż pomocniczy (kogotana) i igła mieczowa (kogai).

Próbą, którą musiał zdać każdy miecz godny używania przez samuraja, była tzw. „próba wody”. Polegała na tym, że ostrze zanurzano w strumieniu, a na nurt puszczano kartkę papieru lub liść. Otrze miało je rozciąć, nie zatrzymując nawet na chwilę. Gdzieś (niestety, nie pamiętam już gdzie) spotkałem się z ciekawym wariantem tejże próby: otóż, jeżeli ostrze zostało wykute przez osobę o spokojnym duchu, wówczas liść miał ominąć klingę. Jeśli zaś w duszy płatnerza dominował gniew, nienawiść, żądza krwi – wówczas liść miał płynąć prosto na ostrze.

Mam już miecz. Jak się z nim obchodzić poza walką?

W społeczeństwie militarystycznym, jakim niewątpliwie była Japonia epoki szogunatu (oraz później), nie powinno dziwić, że miecze samurajskie – swoisty symbol kasty – zyskały własne zasady etykiety: jak należy się z nimi obchodzić, jak nosić, jak układać…

Na początek coś dla szychy z samej góry, mianowicie dla cesarza. Pomimo swoich boskich przymiotów, cesarz i jego małżonka mogli brudzić ręce pracą. Oczywiście nie byle jaką – w przypadku „boskiej namiestniczki” była to produkcja jedwabiu, a w przypadku mężczyzn… Jak zapewnie sami się już domyśliliście, produkcja mieczy.

Dodatkowo, żaden samuraj nie miał prawa stanąć przed obliczem cesarza z daisho za pasem Zresztą, składając wizytę jakiemukolwiek wysokiemu rangą urzędnikowi, bushi miał obowiązek oddać miecze przy wejściu. W zamian za nie zatykał za pas miecz zwany chisakatana – jako oznakę swojego statusu.

Ze względu na swoje symboliczne znaczenie, miecze miały w domu samuraja szczególne miejsce – katanakake. Był to specjalny stojak na miecze, którego tradycyjnym miejscem w domostwie była toko-no-ma, podwyższona nisza, zlokalizowana naprzeciwko wejścia. Kiedy samuraj przyjmował gościa, kładł jego katanę na swoim stojaku. Wakizashi gość zawsze trzymał przy sobie. Sposób wyjmowania miecza zza pasa i układania go obok siebie był jednym z wyznaczników elegancji i kurtuazji samuraja.

W zależności od tego, jakie relacje panowały między gościem i gospodarzem, z wakizashi postępowano w różny sposób. Jeżeli krótkie ostrze pozostawało za pasem, było to oznaką chłodnych (lub wręcz wrogich) stosunków lub niewiary w możliwość zapewnienia przez gospodarza bezpiecznego pobytu.

Miecz odłożony na bok symbolizował zaufanie lub, jeżeli rękojeść skierowano w stronę gospodarza (tak ułożonej klingi nie dało się szybko dobyć) oznaczał pogardę dla jego umiejętności szermierczych.

Podczas wizyty u zaprzyjaźnionego samuraja za niedopuszczalne wykroczenie uznawano obnażenie ostrza. Było to możliwe w tylko jednej sytuacji. Wśród różnych grzecznościowych zwyczajów leżało między innymi wyrażanie stosownych zachwytów nad mistrzostwem wykonania broni, jej historią, pięknem i dokładnością wykonania. Podczas oględzin etykieta zezwalała na wysunięcie jedynie części klingi. Czasami, jednakże, jako dowód wyjątkowej zażyłości, gospodarz ulegał długim i usilnym namowom gościa aby pokazać cały miecz. Wówczas, stukrotnie i kornie przepraszając i tłumacząc, na krótką chwilę prezentował całą klingę – której jednak gość nie śmiał dotknąć.

Jak świat światem, dzieci lubią bawić się drewnianymi mieczami. Japonia nie była pod tym względem wyjątkiem, tyle tylko, że tam kształt i długość miecza uzależnione były od pozycji społecznej ojca. Istniały dwa rodzaje drewnianych mieczy. Ponieważ o kendo jedynie czytałem, a nigdy nie miałem okazji zetknąć się bliżej, mam nadzieję, że niczego nie pokręcę.

Pierwszym typem był bokken – wykonany z litego drewna miecz, kształtem i rozmiarami dość dokładnie odwzorowujący katanę czy wakizashi. Tego typu „oręż” był najczęściej spotykany jako dziecięca zabawka. Taką bronią ćwiczyli przez lata uczniowie, nim zasłużyli sobie na prawo zatknięcia za obi prawdziwego daisho. Warto też wspomnieć, że zdarzali się samurajowie, którzy z bokkenem w ręku przyjmowali wyzwania od normalnie uzbrojonych przeciwników – głównie aby zaprezentować swoją pogardę dla umiejętności szermierczych rywala. Szczególnie celował w tym Miyamoto Musashi – co najmniej dwa ze swoich pojedynków rozegrał uzbrojony w gałąź. Jak widać, dla prawdziwego mistrza narzędzie nie ma znaczenia.

Drugim typem drewnianego miecza, który pojawił się stosunkowo późno, jest shinai. Samo słowo jest znacznie starsze od opisywanej dziś przez nie broni. Określenie to można znaleźć już w Nihon-shoki – jednym z najstarszych tekstów japońskich, które zachowały się do naszych czasów. Wówczas była to broń, którą trenowano yari-jutsu – sztukę posługiwania się włócznią.

Dziś shihai oznacza miecz kendoki – wykonany z czterech kawałków najwyższej jakości bambusowych prętów, osadzonych w długiej, skórzanej rurze (tsuka), która pełni funkcję rękojeści. Rękojeść od strony ostrza zakończona jest gardą (tsuba), wykonaną z krążka z grubej skóry. Pręty bambusa wzmacnia węzeł (nakayuki), a na szczycie znajduje się kołpak (sakigawa).

W rękach zręcznego kendoki żywotność miecza mierzona jest w latach, a jeżeli ktoś zbyt często łamie swoje miecze, powinien oczekiwać łatki łamagi.

Kenjutsu – czyli jak skutecznie machać mieczem.

Mała uwaga dla tych, którzy liznęli co nieco japońskiego: Ryu (czyli „droga”, „system” albo „szkoła”) to nie to samo co Ryū albo Ryuu (czyli „smok”). Różnica subtelna, ale spora. Minęło sporo czasu nim sam załapałem.

Dobra, wracamy do tematu. Kenjutsu, czyli szermierka albo, aby być dokładniejszym, „sztuka miecza”. Generalnie temat zasługuje na własny artykuł, a gdybym chciał napisać więcej, podwoiłoby to objętość tekstu (co najmniej). Powiem więc troszeczkę, a jeśli Was to zainteresuje, zapraszam do lektury wspomnianych książek (lub, jeżeli wiecie coś na ten temat z innych źródeł – napiszecie sami.)

Specjaliści rozróżniają trzy główne grupy stylów kenjutsu: joko-ryu (czyli najstarsze style), chuko-ryu (czyli style „średniowieczne”) oraz shinto-ryu (style „nowożytne”, z których wywodzi się dzisiejsza dyscyplina sportowa, kendo). To może teraz krótkie omówienie tych trzech grup:

Joko-ryu: tu tak naprawdę ciężko powiedzieć coś pewnego. Boleśnie odczuwamy bowiem brak poważnych źródeł pisanych z tego okresu. Dlatego też wszelkie rozważania na temat „technicznej” strony ówczesnej szermierki mają charakter czysto akademicki.

Co nieco jednak wiadomo. Po pierwsze, olbrzymią rolę w kształtowaniu przyszłych samurajów odgrywała filozofia Zen. Kiedy w Kamakura powstała siedziba szogunatu, a faktyczna władza przeszła w ręce wojowników, ta miejscowość stała się centrum kultury rycerskiej. To właśnie wtedy zaczęły powstawać fundamenty, na których powstał prawdopodobnie najbardziej złożony i kompleksowy system etyczno-społeczny w Japonii, czyli Bushido.

Droga wojownika to tak naprawdę jeden wielki przepis na życie. Metoda drobiazgowej organizacji życia miała u swoich podstaw filozoficzny pogląd głoszący, że dzięki takiemu usystematyzowaniu życie jest jaśniejsze, pełniejsze i pozwala żyć w większej harmonii z otaczającym światem.

Celem każdej żywej istoty jest dążenie do doskonałości. Ta jednak, z samego założenia, jest nieosiągalna – więc należy przez całe życie ciężko pracować, bo nie ma granicy, na której można poprzestać. Doskonalenie się to droga, która nigdy się nie kończy. Tak więc powstała idea samodoskonalenia się, która później doprowadziła do powstania wielu bardzo wysublimowanych stylów i technik.

Chuko-ryu: zdecydowanie najciekawsza grupa. Stosunkowo dobrze opisana, obejmuje (mniej więcej) style szermiercze, jakie powstały i rozwinęły się między XIV i XVIII wiekiem n. e.

Myślę, że warto zacząć od tego, że to właśnie w tym okresie powstało coś, co z czasem przerodziło się w iai-jutsu. Mowa o Muso-ryu. I o ile sam pomysł był znacznie starszy, to właśnie tutaj po raz pierwszy mamy do czynienia z techniką „ciosu dobywanym mieczem”. W każdym razie, jeżeli mówimy o technikach z prawdziwego zdarzenia.

Jeżeli ktoś chce zobaczyć prawdziwego mistrza tej sztuki, radzę sięgnąć po film Zatoichi. Ale oryginał, a nie późniejsze przeróbki.

W tym właśnie okresie żyły sławy pokroju Ieasu Tokugawy. Szkoły szermiercze powstawały niemal codziennie. Kusi mnie, aby zacząć wymieniać, ale jak zacznę, to skończy się to kilkunastostronicowym elaboratem, więc może lepiej przejdę do następnej kategorii.

Shinto-ryu: najlepiej opisane, ale też w sumie najmniej interesujące. Z początkiem ery Meiji zabroniono publicznego noszenia miecza, władze coraz mniej przychylnie patrzyły na tradycjonalistów, a samurajowie, wskutek rewolucji ekonomicznej musieli zacząć pracować. Wszystko to razem spowodowało, że sztuka szermiercza zaczęła ustępować bardziej sportowemu kendo.

I na koniec, krótko o szermierzach.

Bardzo żałuję, ale ponieważ opisywanie wszystkich wybitnych szermierzy i ich szkół zajęłoby zdecydowanie zbyt wiele miejsca, a ja powinienem już kończyć, opiszę tutaj tylko dwóch spośród wielu sław, które wędrowały po Japonii.

Na pierwszy ogień pójdzie Mitsuyoshi Yagyu, bardziej znany jako Jubei. Służył szogunowi Iemitsu Tokugawie jako agent specjalny. To od niego wywodzi się niegdyś bardzo popularne, a dziś powoli zapominane (a przynajmniej takie wrażenie odnoszę) określenie „szpieg szoguna”.

Mitsuyohi niejako „odziedziczył” talent szermierczy – jego ojciec, Munenori Yagyu, był między innymi nauczycielem osławionego Ieasu Tokugawy.

W sztuce Jubei był często prezentowany z opaską na oku. Niektórzy twierdzą, że stracił je jako dziecko w pojedynku ćwiczebnym z ojcem. Inni twierdzą, że to efekt wypadku, który miał miejsce, gdy był już dorosły. Jeszcze inni, wskazując na pojawiające się sporadycznie portrety ukazujące go z obojgiem oczu, twierdzą, że opaska to element wizerunku, który Jubei skrzętnie podtrzymywał. Ze wszystkich teorii na jakie trafiłem, najciekawsze jest chyba ta, że opaska miała ten sam cel co przyjmowanie wyzwania z bokkenem w ręku. Mitsuyoshi dawał w ten sposób znać przeciwnikowi, że gardzi jego techniką.

Co ciekawe, jak na postać tak rozpropagowaną przez literaturę, sztuki teatralne czy kinematografię, o życiu tego człowieka można powiedzieć bardzo niewiele. Wiadomo, że był znakomitym szermierzem. Wiadomo, że na polecenie swojego pana kilkukrotnie infiltrował wrogie prowincje.

Cała reszta to prawdopodobnie romantyczna legenda. Ale bardzo przyjemna, więc przytoczę jej fragment, a przy okazji wprowadzę drugiego szermierza, o którym chciałbym opowiedzieć.

Pewnego dnia, Jubei szedł górską drogą w prowincji Iga, w okolicach Nara. W pewnym momencie wszedł na inny szlak, którym podążał pewien samuraj. Obydwaj wędrowcy obserwowali się podczas marszu i po pewnym czasie rozpoznali się wzajemnie. Jako że ich sława szermiercza była bez skazy – żaden z nich nie przegrał do tej pory ani jednego pojedynku – możemy tylko domyślać się, jaką presję czuli podczas marszu.

Pod wieczór dotarli do niewielkiej gospody u podnóża góry Kamito – jedynego miejsca w dość dużym promieniu, gdzie mogli przenocować.

Gdy do gospody weszło dwóch samurajów, wszyscy goście momentalnie rozpoznali atmosferę cichego pojedynku. Zapadła grobowa cisza, a bywalcy poodsuwali się pod ściany.

Gospodarz wpadł na genialny pomysł, który powinien był zapewnić mu nieśmiertelność. Jednak los nie jest sprawiedliwy i jego imię zaginęło w mroku dziejów. Wracając jednak do sedna…

Karczmarz podał dwóm samurajom herbatę i grę go. Partia, która rozpoczęła się w gospodzie, przeszła do legendy. Był to nie tyle sprawdzian umiejętności w grze, co charakteru i woli walki. Po upływie trzech godzin, gdy stało się jasne, że żaden z graczy nie odniesie zwycięstwa, obaj samurajowie wstali i wyszli z gospody – Jubei skręcił w lewo, jego przeciwnik w prawo. Jak mówią nam przekazy, nigdy więcej się nie spotkali.

Tym drugim samurajem był człowiek określony jako „najlepszy szermierz Japonii. Miyamoto Musashi.

Musashi – czy też, jak przedstawia się w swoim wspaniałym dziele, Księdze pięciu Kręgów – Shinmen Musashi No Kami Fujiwara No Genshin, już za życia zyskał status „chodzącej legendy”. Zresztą, całkowicie zasłużenie – wygrał w swoim życiu ponad sześćdziesiąt(!) pojedynków. Oficjalnych i zapisanych.

Znakiem rozpoznawczym Musashiego był niespotykany styl walki dwoma mieczami. Nazwany przez swojego twórcę „Niten Ichi Ryu”, co można tłumaczyć jako „Dwa (Niebiańskie) Miecze, Jedna Droga”.

Wielu samurajów twierdziło, że atakowanie jednego przeciwnika dwoma mieczami to tchórzostwo. Odpowiedź Musashiego była prosta: „Moją rolą jest służyć memu panu. Czy ci głupcy nie widzą, że dwa miecze służą lepiej niż jeden”?

W Legendzie Pięciu Kręgów, o której jeszcze kiedyś napiszę, jest pewien dialog, całkiem dobrze prezentujący różnice w poglądach między zwolennikami walki jednym mieczem jak i dwoma. Wiem, że system rpg nie jest najlepszym źródłem informacji, ale myślę, że dość dobrze prezentuje różnice w filozofii:

- Jeden człowiek, jeden miecz, jedno uderzenie. – Kakita.

- Dwie ręce. – Mirumoto.

O co chodzi? Już tłumaczę.

Zwolennicy filozofii jednego miecza uważają, że każdy cios powinien być efektem maksymalnego skupienia. Wobec tego, wykorzystywanie drugiego miecza tylko osłabiałoby siłę ciosu.

Zwolennicy stylu Niten kontrowali twierdzeniem, że po to mają dwie ręce, aby z nich korzystać.

Kto miał rację? Nie jestem w stanie tego rozstrzygnąć. Osobiście uważam, że dwa miecze są po prostu fajniejsze niż jeden. Ale to wyłącznie moja opinia. Natomiast jeśli chodzi o stronę praktyczną… Cóż, ujmę to tak: Musashi nigdy w życiu nie przegrał pojedynku. To powinno coś nam powiedzieć o skuteczności Niten Ichi Ryu.

Znowu się rozpędziłem. Chciałbym napisać więcej, o wiele więcej, ale obawiam się, że wówczas niewiele osób miałoby siłę – lub czas – aby przeczytać całość. Zatrzymam się więc w tym miejscu, a jeżeli ktoś nadal czuje niedosyt, to zachęcam do lektury pozycji, o których wspomniałem na początku.

 

~Gomeroth

Komentarzy: 0 20 Wrzesień 2013