Zanim zacznę – podane tu informacje czerpię z książki Sporty i sztuki walki dalekiego wschodu pana Jerzego Miłkowskiego. Mój egzemplarz wydano w 1987 roku, więc nie jestem pewien, czy da się gdzieś znaleźć ten tytuł. Osobiście polecam antykwariaty. No, to przejdźmy do rzeczy.

Okładka

Kiedy czyta się relacje z epoki, dotyczące działalności ninja, można odnieść wrażenie, że manga pana Kishimoto inspirowana jest prawdziwymi postaciami. Jak inaczej wytłumaczyć doniesienia o demonach, które rozpływają się w powietrzu, chodzą po wodzie, czy przenikają przez ściany?

Sztuka pozostawania niewidzialnym

Odpowiedź jest prosta. To ninjutsu, czyli w wolnym tłumaczeniu „sztuka pozostawania nierozerwalnym/niewidzialnym” (naprawdę, nie mam pojęcia skąd wzięło się to „nierozerwalne” ani co u diaska znaczy, powtarzam za książką). Trzeba przyznać, że to, co ninja potrafili osiągnąć dzięki niej, było naprawdę niemożliwe do wykonania – a przynajmniej w takim sensie, w jakim niemożliwe jest wyciągnięcie królika z kapelusza. Jak wiemy, iluzjonistom jakoś się to udaje. I tu kryje się sekret tych doniesień – o ile my wiemy, że prestidigitator stosuje chytrą sztuczkę, to chłopi nie mieli pojęcia, co robią ninja, a w większości wypadków w ogóle nie zdawali sobie sprawy z tego, że tacy ludzie istnieją. Można więc stwierdzić, że zamaskowani wojownicy wywierali na ludzi taki efekt, jaki dziś osiąga iluzjonista występujący w przedszkolu.

Królik z kapelusza

Nie zrozumcie mnie źle. Wcale nie twierdzę, że te sztuczki były prymitywne. Wręcz przeciwnie – przez lata działały jak marzenie. Sam chciałbym tak umieć…

Działania ninja były z założenia tajne. I o ile dzisiaj na słowa „tajni agenci” do głowy większości z nas przychodzą faceci w czarnych garniturach (pewnie jeszcze błyskający czymś po oczach), to ninja zastosowali zupełnie inną taktykę. W skrócie brzmiała ona „Mugei-mumei” („nie ma sztuki, nie ma człowieka”). Mówiąc inaczej, ninja robili wszystko, aby w świadomości wszystkich (poza potencjalnymi klientami) nie istnieć. Być co najwyżej pogłoską, powtarzaną przy barze, plotką szeptaną w ciemnych alejkach. Jak się okazuje, wychodziło im to przez długi czas doskonale – dopiero Hollywood zrobiło z nich figury powszechnie znane.

Jedną z najważniejszych spraw było chronienie swojej tożsamości podczas wykonywania misji – to stąd wzięły się osławione kaptury zasłaniające twarz. Gdy któremuś z ninja groziła dekonspiracja, jego towarzysze mieli obowiązek go zabić – także po to, by chronić resztę klanu. A nieszczęśnika przed torturami. Na co dzień, ninja utrzymywali „oficjalne” tożsamości – prostych kupców czy rzemieślników, ostentacyjnie unikających mieszania się do spraw polityki, nie wiedzący z której strony trzyma się miecz, nigdy nie wyjeżdżający…

I jeszcze mała uwaga dotycząca stroju – gościu w czarnej piżamie, z zasłoniętą twarzą raczej rzuca się w oczy. Tego typu ubiory były zakładane tylko na akcje, ewentualnie na podróż. Przez resztę czasu, aby nie wzbudzać zbędnych podejrzeń, agenci nosili normalne ubrania – niczym chłopi, mnisi, wędrowni rzemieślnicy…

Ninja

Szkolenie ninja

Szkolenie ninja zaczynało się już w wieku dziecięcym. Nie można było się zapisać – kto urodził się jako członek klanu, żył i umierał jako ninja.

Pierwszą umiejętnością, jaką nabywali przyszli agenci, było wyzwalanie się z więzów. W tym zadaniu najważniejszy był zakres ruchów, toteż dzieci uczono między innymi jak dokonać wywichnięcia stawów (coś jak Riggs w drugiej Zabójczej broni). Później dochodziły do tego maleńkie ostrza, ukrywane w ustach czy uszach, służące do rozcinania więzów.

Następnie były umiejętności infiltracyjne – wspinanie na mury i drzewa, przeciskanie przez wąskie przesmyki (takie jak kanały – najlepsze drogi dostania się do zamku). Oczywiście, w celu ułatwienia sobie zadania, wykorzystywano sporo różnych narzędzi – od najbardziej oczywistych, takich jak liny czy składane drabinki, po bardziej wyszukane – jak choćby tekagi, które w oryginale służyły właśnie wspinaczce. Dopiero później stały się bronią.

Wspinaczka na mur wyglądała nieco inaczej niż moglibyśmy się spodziewać – ninja pokonywał mur przylegając do niego całym ciałem, poruszając się „wężowymi” ruchami. Podobnie było z wspinaniem się na drzewa – agent powinien wbiegać na drzewo, a nie wspinać w tempie misia koala. Z własnego doświadczenia dodam, że jest to jak najbardziej wykonalne – wymaga wcześniejszego znalezienia właściwego drzewa, ocenienia optymalnej drogi oraz odpowiedniej kondycji fizycznej – czyli tak naprawdę niczego, czego nie da się zdobyć dzięki odpowiednio intensywnym ćwiczeniom. No, może poza drzewem, ale to akurat siła wyższa.

Trening

Bardzo wiele czasu i wysiłków poświęcano na naukę długich, forsownych marszy – ninja na piechotę był w stanie dorównać konnemu, o ile znał teren, po którym się poruszał. Było to o tyle ważne, że agenci musieli przemieszczać się niepostrzeżenie – nie mogli korzystać więc z normalnej sieci dróg. W celu przyspieszenia wędrówki po bezdrożach, stosowali najróżniejsze metody – od mizugumo, przypominających nieco rakiety śnieżne, które pozwalały im sprawnie pokonywać różnorakie bagna i trzęsawiska, przez skórzane worki czy tratwy z sitowia, bardzo przydatne do pokonywanie rzek, aż po umiejętność określaną jako tachioyogi – czyli pływanie w ubraniu i pełnym rynsztunku w pozycji półpionowej. W ten sposób ninja pokonywali fosy niezauważeni.

Poza wymienionymi wyżej umiejętnościami, ninja musieli posiąść sporą liczbę wiadomości teoretycznych. Zaliczały się do nich farmacja, meteorologia, psychologia oraz coś nazywane „propedeutyką szpiegowską” – czyli mówiąc po ludzku, wstęp do sztuki sabotażu, szpiegostwa i skrytobójstwa.

  • Farmacja (yagen) – paradoksalnie, wytwarzanie trucizn i antidotów miało tu znaczenie drugorzędne. Najważniejsze było przyrządzanie skondensowanych odżywek, czyli prowiantu. Powód jest prosty – misje ninja z reguły trwały dość długo, konieczne więc były zapasy żywności. Nie można było kupować jej od miejscowych – misja jest tajna, nie można zdradzać swojej obecności. Oznacza to, że prowiant trzeba zabrać ze sobą – a im bardziej skoncentrowany, tym mniej do noszenia. Proste i logiczne, ale – przynajmniej dla mnie – wcale nie tak oczywiste. Jeżeli kogoś interesuje dieta ninja – najbardziej typowymi żelaznymi racjami była mieszanka mąki, roślinnych środków konserwujących, mielonego, niełuskanego ryżu, śliwek oraz wysuszonego i roztłuczonego na miazgę mięsa ryby bonito. Do tego napój  z soku z młodych pędów bambusa, w naturalnym opakowaniu ze starszych łodyg tej samej rośliny. Japoński odpowiednik pemmikanu. Niestety, nigdzie nie trafiłem na informacje o smaku.

    Oczywiście, wykładowcy yagen nie pomijali produkcji trucizn – wręcz przeciwnie, tutaj wachlarz był bardzo szeroki. Od działających niemal natychmiast toksyn, którymi pokrywano ostrza broni, do przewlekłych i wymagających kumulacji wielu dawek, którymi truto szczególnie czujnych dygnitarzy.

    Ostatnim zagadnieniem, które przyszli adepci poznawali w ramach farmacji, była produkcja środków leczniczych, w tym naturalnych antybiotyków, środków hemostatycznych (mających zapobiegać wykrwawieniu), past znieczulających… Uczono też przeprowadzania prostych zabiegów chirurgicznych, czy stosowania opaski uciskowej.

  • Meteorologia (satten-jitsu) – ta część szkolenia była dość ograniczona i zorientowana bardzo praktycznie. Celem było nauczenie ninja przewidywania tych warunków pogodowych, które były najkorzystniejsze dla przenikania do twierdz, dokonywania podpaleń i ogólnie działania w tajemnicy. Deszcz, mgła, zawieja śnieżna, czy nawet zwykły mróz – to wszystko zwiększało szansę na to, że strażnicy będą mniej czujni lub wręcz pozostaną w stróżówce, przy ognisku czy gdziekolwiek, gdzie jest ciepło i przytulnie.

  • Psychologia (satsujin-jitsu) – wbrew pozorom nie miała wiele wspólnego z miłymi psychoanalitykami i wygodną leżanką. Ninja byli szkoleni, aby szybko i poprawnie rozpoznawać cechy charakteru na podstawie opisu bądź obserwacji. Ludzkie charaktery podzielono na pięć różnych grup:
    Kisha – czyli opętani przez żądzę i próżni. Żądze bywają różne – alkohol, pieniądze, kobiety. Tacy ludzie byli łatwi do opanowania przez piękne, schlebiające im kobiety, przyjaciół wyciągających ich na popijawy, a poprzez zapewnienie im dobrej zabawy, można było odciągnąć ich od pełnienia obowiązków.
    Dosha – zazdrośni, gniewni i podejrzliwi. Bardzo lubiani przez speców do szerzenia intryg – nie trzeba było wiele, aby obrócić ich przeciwko przyjaciołom czy przekonać za pomocą sfałszowanych dokumentów. Świetni do szerzenia chaosu w szeregach wroga.
    Aisha – dobroduszni i życzliwi – łatwi do opanowania poprzez „szczere i smutne” historie, biorący kłamstwa za dobrą monetę, chętnie „grzali węże własną piersią”.
    Rakusha – leniwi – niechętnie wykonywali jakiekolwiek obowiązki, zwłaszcza jeśli wiązało się to z narażaniem się na niewygodę. Bardziej niż prawdopodobne, że w zimne czy deszczowe dni nie będą stali na warcie.
    Kyosha – tchórzliwi – skłonni do działania w panice pod wpływem zagrożenia, łatwi do sterowania poprzez szantaż czy anonimy.

    Tę psychologię uzupełniano o kyonin-no-jistu, czyli sztukę wykorzystywania i tworzenia przesądów. Jeden z lepiej opisanych zabiegów z tej dziedziny: pewien klan miał w swoim monie lisa. Nocą strażnik na murach usłyszał jakieś poruszenie w krzakach. Nie zastanawiając się wiele, strzelił w tamtym kierunku. Z zarośli rozległ się okrzyk bólu. Zaalarmowane straże wybiegają na zewnątrz i po kilkunastu minutach przeszukiwania krzaków znajdują lisa przeszytego strzałą strażnika. Wniosek jest prosty: od klanu odwróciło się szczęście.

Nauka

Skoro już jesteśmy przy temacie manipulacji psychicznej, warto wspomnieć o genialnych metodach manipulacji morale przeciwnika, które wywodzą się z Japonii.

Dawno temu był sobie taki film, Sobowtór (影武者 Kagemusha). Reżyserem jest Akira Kurosawa. Film jest z roku 1980, dostał dwie nominacje do Oscara. Opiera się na autentycznych wydarzeniach. Jeżeli kogoś interesuje historia „Słynnej Trójki” – pozycja obowiązkowa. Ale trochę zboczyłem z tematu…

Trik, o którym chciałem wspomnieć, jest następujący – trwa oblężenie twierdzy. Od dość dawna, więc obie strony są już zmęczone. Niemniej sytuacja obrońców jest zdecydowanie gorsza – od dawna gonią na resztkach żywności i wody, nie mają szans na odsiecz i są u kresu sił. Zdaniem oblegających zdobycie fortecy to kwestia czasu. Jednak każdego wieczora ktoś w zamku gra na flecie. Gra przepięknie – muzyka zawiera w sobie spokój, radość i pogodę ducha, obietnicę życia i poczucie szczęścia. Dźwięki fletu powtarzają się każdej nocy. Morale oblegających powoli się załamuje – są przekonani że wielomiesięczne oblężenie nic nie dało. W końcu odstępują…

Autorem drugiego wybiegu był Hideyoshi. Oblegał twierdzę znakomicie przygotowaną – o pełnych spichrzach, głębokich studniach, doskonale wyszkolonej i lojalnej załodze. Każdy szturm na mury przynosił oblegającym coraz większe straty i zdawał się jedynie wzmacniać obrońców. Hideyoshi zauważył, że jego własne siły powoli się wyczerpują, postanowił więc zmienić podejście. Zakazał dalszych ataków. Polecił, aby w zamian każdej nocy urządzać wesołe orgie, a w ciągu dnia pozorować pełną degenerację dyscypliny – spać do południa, piec szaszłyki na broni i tak dalej. Jak można się domyślić, żołnierze zabrali się do wypełniania tego niezwykle trudnego polecenia z podziwu godnym zapałem i nie mogli się doczekać kiedy to ich oddział zostanie wyznaczony do służby „pokazowej”. Po miesiącu Hideyoshi zarządził szturm. Załoga twierdzy stawiała minimalny opór…

Ludzki umysł jest rzeczą zdumiewającą. Może okazać się największym wrogiem człowieka – jeżeli wie się, jak go wykorzystać. Ninja z pewnością to wiedzieli.

  • Propedeutyka szpiegowska – trudne słowo, nie ma co. Ale tak jest w książce. Więc niech będzie. W skrócie rzecz ujmując: o ile poprzednie umiejętności, w mniejszym lub większym stopniu można uznać za „legalne” (no, może poza tą częścią o produkcji trucizn), to tutaj adepci uczyli się umiejętności typowych dla szpiegów (no, z jednym wyjątkiem), a mianowicie:
    Katsura-otoko: czyli survival. Umiejętność przetrwania w dziczy, w nieznanym terenie, na dodatek bez zwracania na siebie uwagi.
    Setobito-no-jitsu: zbieranie wiadomości o ludziach niezadowolonych z panującego daimyo, pominiętych przy awansowaniu oficerów i żołnierzy, pokrzywdzonych, niesprawiedliwie ukaranych, słowem – każdego, kto miał do władz jakiś żal, a którego można by wykorzystać.
    Hengen-kashi-no-jitsu: umiejętność wtapiania się w tłum. Opanowanie lokalnego dialektu, błyskawiczne uczenie się lokalnej topografii na podstawie szkiców, posiadanie rzekomej znajomości wszystkich dobrze znanych na danym terenie osób – wszystko to miało na celu stworzyć wrażenie, że ninja to jeden z tutejszych, taki „sąsiad z następnej wioski, wiecie, tej co za lasem”.
    Gisho-giin-no-jitsu – czyli podrabianie pieczęci, podpisów, charakteru pisma… Wszystko co konieczne do sfabrykowania fałszywych listów, rozkazów czy tajnych wiadomości.

    Nie można oczywiście zapomnieć o sztuce skradania się. W końcu w jakiś sposób ninja musiał poruszać się po zamku unikając wykrycia. Temu też służyły ciemne ubrania – agent miał uniknąć wykrycia tak długo, jak to możliwe. Najlepsi z nich byli w stanie wejść do twierdzy, zabić cel i wyjść nie będąc widzianymi ani razu. Co wcale nie oznacza, że robili to błyskawicznie – niektórzy spędzali na wrogim terenie tygodnie, najpierw szykując się do ataku, a później czekając na właściwy moment, aby zniknąć.

Walka

A teraz mała zagadka: jak sądzicie, ile czasu na naukę walki pozostaje, kiedy trzeba opanować takie ilości wiedzy? Zdobyć tyle umiejętności? Niewiele. Dlatego będę do upadłego bronił poglądu, że ninja to nie mistrzowie sztuk walki. To skrytobójcy. Mordercy. Ludzie, którzy nie tracą czasu ani energii na naukę tysiąca sposobów pokonania uzbrojonego przeciwnika, zamiast tego atakujących wtedy, gdy ten jest nieuzbrojony. Rozproszony. Zajęty czymś innym i nie zdający sobie sprawy z zagrożenia. Wbijający nóż w plecy, a nie robiący salto nad przeciwnikiem i machający długim, nieporęcznym mieczem. Spróbujcie kiedyś powymachiwać półtorametrowym kawałkiem bambusa w ograniczonej przestrzeni wąskiego korytarza, to zrozumiecie, co mam na myśli.

W szkoleniu ninja walka zajmowała stosunkowo odległą pozycję – miała to być ostateczność. W końcu agent powinien pozostać nie wykryty. Uderzyć i zniknąć. Ninja, który dał się odkryć, był po prostu albo pechowcem, albo niezdarą – w jednym i w drugim wypadku zagrażał powodzeniu misji i swoim kompanom.

Nawet najlepszym zdarzają się jednak gorsze dni, więc każdy ninja był uczony walki wręcz. Nie uczyli się wielu technik, ale opanowywali je w mistrzowskim stopniu. Były to przede wszystkim elementy w maksymalny sposób wykorzystujące zaskoczenie. Do tego dochodził arsenał osobistej ochrony – rozmaite oślepiające pudry, mieszanki powodujące pieczenie oczu, żrące płyny… Wszystko, czego można było użyć szybko i łatwo w celu uzyskania nie do końca uczciwej przewagi nad przeciwnikiem.

Narzędzia ninja

Poza sporym arsenałem najrozmaitszych broni (z którego przeciętny ninja miał ze sobą zazwyczaj nie więcej niż trzy czy cztery sztuki), przeciętny agent dysponował olbrzymią liczbą narzędzi przeznaczonych do najróżniejszych zadań. Wszystkich nie wymienię. Głównie dlatego, że nie znam :P

  • mizu-taimatsu – specjalnie przygotowany znicz, służący do dawania sygnałów ogniowych przy złej pogodzie
  • ubrania maskujące – nie zawsze czarna piżama jest najlepszym wyborem – niektóre misje mają miejsce w górach lub podczas zimowych opadów śniegu. W takich warunkach przydaje się obszerny, biały płaszcz.
  • bambusowa rurka z tłokiem – proste, acz skuteczne narzędzie do rozpylania najróżniejszych, niezbyt przyjemnych substancji – na przykład mieszaniny barwnika do czernienia zębów i wyciągu z pieprzu. Gwarantuje oślepienie przeciwnika na co najmniej kilka godzin.
  • doka – proste, blaszane pudełko, w którym znajduje się wkład ze sprasowanego węgla drzewnego. Przenośny kaloryfer – małe, ale intensywne źródło ciepła, przydatne podczas marszu w mroźną, zimową noc czy po forsowaniu rzeki.
  • tanago-koro-tai-matsu – maleńki znicz, który podczas palenia się praktycznie nie wydziela dymu. Bardzo łatwy do zapalenia, stanowi coś w rodzaju jednorazowej zapalniczki działającej przez kilka minut – świetny do rozpalania ogniska.
  • jirai – świeca dymna, która zapala się mniej więcej godzinę po rozżarzeniu lontu, dająca wąską smużkę dymu, do złudzenia przypominającą powstałą w wyniku palenia mokrego drewna. Doskonale nadaje się do przekonania strażników, że zamachowiec jest na tyle nieostrożny, że zrobił sobie ognisko po drugiej stronie zamku.
  • kyoketsu-shogi – lina, wykonana z ludzkich włosów. Choć sam pomysł wydaje się obrzydliwy, jest jednak bardzo praktyczny – taka lina jest znacznie bardziej wytrzymała od na przykład konopnej. Dodatkowo lina ta zaopatrzona jest w stalową kotwiczkę i zamocowane poprzecznie kołki z bambusa najwyższej jakości. Służyła do pokonywania murów.
  • teakagi – rękawice bądź nakładki na dłonie, wyposażone w kolce, służące do wspinania się po murach.
  • mizu-gumo – „wodne buty”, działały jak rakiety śnieżne, pozwalając przeprawiać się przez bagna i trzęsawiska. Do pokonywania rzek, jezior czy innych zbiorników czystej wody niestety nie nadawały się zupełnie – udowodnili to Pogromcy Mitów.

Mizu-gumo

Mizu-gumo

Podsumowanie

Patrząc na postacie z mangi pana Kishimoto, wiemy, że większość technik jakie wykonują bohaterowie, nie istniała, nie istnieje i najprawdopodobniej nie będzie istnieć. Nie oznacza to jednak, że niektóre sztuczki shinobi są niewykonalne:

- chodzenie po wodzie – akurat ta sztuczka wymagała wcześniejszego przygotowania. Ninja wbijali w dno rzeki czy jeziora paliki. Znając dokładnie ich rozmieszczenie, mogli potem „biegać po wodzie”.

- chodzenie po drzewach – wbieganie na drzewa jest jak najbardziej wykonalne. Sam widziałem dzieciaka mającego na oko 10, może 11 lat który wlazł na drzewo szybciej, niż ja idę chodnikiem.

- technika podziału – tutaj mamy do czynienia z bardzo prostym zabiegiem. Gdy widzimy jednego człowieka w czarnym, wdzianku, bez twarzy, a po chwili jest ich już kilku, w dodatku wyglądających tak podobnie, że nie sposób ich rozróżnić, najprostsze wyjaśnienie jest takie, że ten jeden się rozmnożył.

- technika marionetkarska – cóż, to bynajmniej nie jest wymysł. Z płaszcza, kilku patyków i sznurka można zrobić całkiem przekonującą atrapę człowieka, w dodatku zdolną do poruszania się (w ograniczonym zakresie!) i odciągającą uwagę strażnika od ninja za jego plecami…

Mam nadzieję, że artykuł się podobał. Mnie jego pisanie sprawiło sporą radochę, a jeżeli dowiedzieliście się czegoś – to znaczy, że osiągnąłem swój cel. A, z góry przepraszam, jeżeli zaczniecie się zastanawiać jak was zaklasyfikowaliby ninja. Mnie pewnie jako Rakusha…

 

~Gomeroth

Komentarzy: 0 20 Wrzesień 2013